Wyprawę na długi czerwcowy weekend zaproponował Drzymer. Wspólnie zastanawialiśmy się gdzie pojechać, padały propozycje szlaku zamków krzyżackich, Gór Świętokrzyskich i kresów wschodnich, w końcu stanęło na Wielkopolsce. Drzymer zamówił noclegi i przygotował ogólny zarys trasy, ja dopracowałem ją w szczegółach, natomiast Ryba zadbał o opisy dworków, pałaców i zamków, których sporo spotkaliśmy na naszej drodze.

Rejon ten jest bardzo ciekawy do jazdy na rowerze. Właściwie jest tam zupełnie płasko, wytyczonych jest mnóstwo szlaków rowerowych (zarówno asfaltowych jak i polnych), a jeśli odjedzie się trochę od Poznania, to ruch samochodowy jest znikomy. Pałace i dworki dodają uroku i urozmaicają jazdę – właściwie poruszaliśmy się od jednego ciekawego obiektu do drugiego, także o monotonii nie było mowy. Spaliśmy w schroniskach młodzieżowych i nie musieliśmy wieźć namiotów, więc zyskało na tym tempo jazdy. Trasę pokonaliśmy ze średnią prędkością prawie 21 km/h, co z bagażem jest niezłym wyczynem.

Termin wyprawy: 08-10.06.2007 r.

W wyprawie uczestniczyli:
Michał Szypliński (Chomik), Konrad Drzymała (Drzymer), Marcin Ukleja (Ryba), Tomek Belina (Tinky)

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

DZIEŃ 1 Poznań – Śmigiel

Do Poznania jechaliśmy pociągiem Tanich Linii Kolejowych (5:43 z Warszawy Wschodniej). Pociąg dobry, bo tani i dodatkowo elegancki wagon bez przedziałów ze specjalnymi miejscami na rowery. Co prawda miejsc jest tylko sześć + tyle ile wejdzie stojących, ale z rowerami podróżowaliśmy tylko my, więc nie było problemu. Jedyny minus to chyba taki, że nikt z nas nie wyspał się w noc przed wyjazdem, a na 100 kilometrów jazdy trzeba mieć siłę! W Poznaniu zameldowaliśmy się z dwudziestominutowym opóźnieniem. Sam wyjazd z miasta poszedł nam dość sprawnie, o dziwo nie zgubiliśmy się ani razu, za sprawą dobrej organizacji Drzymera. Niestety do pierwszego ciekawego obiektu – zamku w Kórniku jechaliśmy dość ruchliwą drogą (byliśmy jeszcze zbyt blisko dużego miasta). Zamek w Kórniku robi wrażenie i nie dziwne, że jest to zabytek klasy zerowej. Spędziliśmy około 20 minut w parku otaczającym obiekt (wstęp 2,5 zł ulgowy, 3,5 zł normalny) i ruszyliśmy w stronę słynnego Rogalina. Trafiła nam się świetna okazja, ponieważ był remont drogi Kórnik – Mosina i ruch samochodowy był zakazany. Mieliśmy całą szosę do naszej dyspozycji! Po pamiątkowej sesji w parku rogalińskiego pałacu (Ryba przy każdym obiekcie robił fotkę z samowyzwalacza naszej grupy) udaliśmy się do Mosiny. Zjedliśmy lody pod sklepem „Żabka”, a następnie bardzo szybko dotarliśmy bocznymi drogami do Czempinia. Niestety pałac w tej miejscowości nie był dostępny do zwiedzania, więc mogliśmy go obejrzeć tylko zza krat. Postanowiliśmy zatrzymać się na obiad w Kościanie i tak też zrobiliśmy – miejscowe dziewczęta poleciły nam „Grill Bar” i nie oszukały nas. Jedzenie było smaczne, a ceny nas zaszokowały! Na przykład porcja fileta z ryby – 4,30 zł, filet z kurczaka z ananasem – 4,50 zł. Posileni zrobiliśmy rundkę po mieście – co ciekawe całe centrum otoczone jest czymś w rodzaju fosy. Kolejny postój zrobiliśmy z przymusu – Ryba myślał, ze opony rowerowe są niezniszczalne i że jazda na oplocie bez gumy jest skuteczna, jednak rozsypane szkło na drodze zweryfikowało tą ciekawą tezę. Korzystając z okazji skosztowaliśmy po jednym Lechu Pils (dostępnym tylko w Wielkopolsce) i po naprawie (tymczasowej) koła skierowaliśmy się do Śmigla, gdzie załatwiony mieliśmy nocleg w schronisku PTSM. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze malownicze stare drewniane wiatraki. Przejechaliśmy prawie 100 km, ale nie byliśmy bardzo zmęczeni. Po zapłaceniu za nocleg (12 zł) i kąpieli poszliśmy zwiedzić miasto oraz kupiliśmy piwo, które spożyliśmy na szkolnym boisku przypominając sobie czasy kolonii. Tinky opowiedział nam o konstrukcji niesamowitej broni – „potato gun”. Jest to naprawdę ciekawe, a jakże proste do skonstruowania urządzenie. Po 23 usnęliśmy.

DZIEŃ 2 Śmigiel – Żerków

Wstaliśmy o 8, zrobiliśmy zakupy i zjedliśmy śniadanie w kuchni. O 8.30 upał na dworze był ogromny, dlatego spodziewaliśmy się całodniowego pieczenia spalonych wczoraj rąk. Jak się później okazało pogoda nie była zbyt łaskawa… Za to cały dzień poruszaliśmy się po drogach asfaltowych o minimalnym natężeniu ruchu samochodowego. Przez drogi wytyczonych jest mnóstwo rowerowych szlaków, więc była to idealna trasa. Ze Śmigla ruszyliśmy około 10, bo Ryba kupił jeszcze nową grubą chińską oponę i jego rower stał się niezniszczalny! Naszym pierwszym celem był Racot. Znajduje się tam XVIII-wieczny Pałac książąt Jabłonowskich oraz stadnina koni. Następnie skierowaliśmy się do Turwi. Znaleźliśmy skrót przez polną drogę, jednak nie byliśmy pewni, czy dojedziemy do celu. Tinky zapytał się kobiety pracującej na polu o drogę, tylko zamiast „Turew” powiedział „kurew” czym wprowadził panią w osłupienie, a nas w śmiech. Na szczęście skrót okazał się dobry i szybko dojechaliśmy do asfaltowej drogi. Tam spotkaliśmy małego mieszkańca Turwi, który na rowerze poprowadził nas przez las pod same mury pałacu, który był siedzibą rodu Chłapowskich. Ryba, miłośnik architektury, zwrócił uwagę na okienko w kształcie pentagramu z otwieranym środkiem. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w stronę Dolska. Po drodze dopadła nas burza, więc schroniliśmy się pod wiatą na stacji benzynowej w Łuszkowie. Na szczęście było ciepło, a deszcz minął bardzo szybko. W niezłym tempie dotarliśmy do Dolska, gdzie na rynku zjedliśmy pizzę i wypiliśmy po małym piwku. Po wyjeździe z miasta zaczęła się wielka ucieczka przed burzą. Mieliśmy wiatr w plecy, więc jechało się dobrze. Z trzech stron trzaskały pioruny i niestety w końcu dopadły nas pierwsze krople. Schowaliśmy się pod dachem w Szypłowie, ale ulewa nie dawała za wygraną i po godzinie oczekiwania ruszyliśmy. Było ciepło, więc deszcz aż tak bardzo nie dawał się we znaki. Do Klęki dojechaliśmy bardzo szybko, ale ostatnie 10 kilometrów do Żerkowa jechało się niesamowicie ciężko. Wiatr się zmienił i nie ułatwiał już jazdy… Wreszcie po przejechaniu 103 km zameldowaliśmy się w bardzo ładnym schronisku w Żerkowie. Po uiszczeniu opłaty 13 zł od osoby mogliśmy rozkoszować się ciepłym prysznicem. Przestało padać i o 19 pojawiły się nawet promienie słońca. Poszliśmy na spacer, zrobiliśmy zdjęcia wieży przekaźnikowej zbudowanej w 1962 roku, która góruje nad miastem. Wieże takie stawiano co 60 kilometrów pomiędzy Łodzią a Berlinem. Kupiliśmy zapasy na wieczór, które skonsumowaliśmy oglądając galę boksu z udziałem Andrzeja Gołoty i Tomasza Adamka. Po emocjach bokserskich poszliśmy spać.

DZIEŃ 3 Żerków – Konin

Na szczęście obudziły nas promienie słońca i po wczorajszych deszczach nie było śladu. Zjedliśmy śniadanie na rynku i o 9:30 ruszyliśmy drogą na Pyzdry. Tempo było wyraźnie wolniejsze niż poprzedniego dnia, jechaliśmy dość rekreacyjnie. Teren stał się troszeczkę bardziej pofałdowany, nawet trafił się jeden długi zjazd. Po drodze obejrzeliśmy w Śmiełowie pałac klasycystyczny zbudowany na planie podkowy w 1797 roku według projektu Stanisława Zawadzkiego. Niestety nie mieliśmy czasu skosztować jednego z moich ulubionych browarów – Fortuny. Szybko dojechaliśmy do miasta Pyzdry, gdzie zrobiliśmy rundkę po rynku. Naszym następnym celem był Ciążeń, gdzie przystanęliśmy na chwilę w pałacowym ogrodzie, z którego rozpościerał się bardzo ładny widok na dolinę Warty. Dłuższą przerwę zrobiliśmy pod klasztorem w Lądzie, a następnie pojechaliśmy przez Nadwarciański Park Krajobrazowy w stronę Konina, gdzie o 15.00 mieliśmy ekspres do Warszawy. Wiatr trochę utrudniał jazdę, dodatkowo podjazdy i zjazdy stały się częstsze, ale mimo tego udało nam się dojechać na dworzec 45 minut przed odjazdem pociągu. Był więc czas na obiad i małe zakupy. Zrobiliśmy pożegnalną fotografię na stacji w Koninie i wsiedliśmy do pociągu. I tak szczęśliwie zakończyła się nasza fantastyczna eskapada!

MAPA I STATYSTYKA

DZIEŃ TRASA DYSTANS [km] AVS [km/h] CZAS [hh:mm:ss] MAX [km/h]
1 Poznań – Śmigiel 97,81 19,64 04:58:43 42
2 Śmigiel – Żerków 103,51 22,18 04:39:55 48
3 Żerków – Konin 76,76 20,78 03:41:39 57
SUMA Poznań – Konin 278 (92,7/dzień) 20,85 13:20:17 57