Niestety w 2007 roku nie udało mi się zrealizować żadnej dłuższej ekspedycji. Dlatego, gdy tylko nadarzyła się okazja i znaleźli się chętni, zaplanowałem weekend z sakwami. Ponieważ bardzo miło wspominam V rajd rowerowy z Sirem z 1998 roku, bardzo chciałem odwiedzić te same rejony – zanocować nad pięknym jeziorem w okolicach Czaplinka, zobaczyć co słychać w Bornem Sulinowie…

Niestety PKP wciąż nie radzi sobie z popytem na bilety rowerowe w ekspresach i na pociąg do Krzyża Wielkopolskiego miejsc nie było, wobec czego plany uległy modyfikacjom, ale niewielkim. Około południa znaleźliśmy się w samym sercu Borów Tucholskich, obraliśmy kierunek na północ i zaczęliśmy napawać się wspaniałymi widokami. Pogoda nas nie rozpieszczała, ale w stosunku do ulew, które zepsuły urlop w lipcu w prawie całej Polsce, nie mogliśmy narzekać. Zapraszam do przeczytania relacji i obejrzenia zdjęć z naszej wyprawy!

Termin wyprawy: 10-12.07.2007 r.

W wyprawie uczestniczyli:
Michał Szypliński (Chomik), Marcin Ukleja (Ryba), Agnieszka Sikorska (Pasio)

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

DIZEŃ 1 Tuchola – Wdzydze

TRIP: 86,49 km • TIME: 5:06:28 • AVS: 16,93 km/h • MAX: 39,31km/h
Pociąg na stacji w Tucholi zjawił się z dziesięciominutowym opóźnieniem. Na szczęście nie padało (mimo bardzo nieprzychylnych nam prognoz), ale niebo pokryte było ołowianymi, ciężkimi chmurami. Sprawdziliśmy, czy po podróży rowery mają się dobrze i ruszyliśmy w kierunku pierwszej atrakcji na naszej trasie – akweduktu w Fojtowie. Akwedukt w Fojutowie można zaliczyć niewątpliwie do jednej z najciekawszych atrakcji Borów Tucholskich. Jednocześnie to najdłuższa i najmasywniejsza tego typu budowla w Polsce (75 m szerokości), która nawiązuje do idei rzymskich akweduktów. Różnica wysokości pomiędzy lustrami przecinających się rzek wynosi około 9m. Zbudowano go w 1848 r. z kamienia oraz żółtej cegły a w latach 70 przeprowadzono remont sklepienia (wyłożono płytami żelbetonowymi). Przez tunel przepływa Czerska Struga, natomiast przęsło łączy wody kanału Brdy, która nawadnia okoliczne łąki. Aby zwiedzić tą budowlę musieliśmy nadrobić 6 km szutrówką, ale myślę, że warto było to zrobić. Tuż po powrocie na asfalt złapał nas pierwszy tego dnia deszcz. Na szczęście zanim założyliśmy kurtki przestało padać i ruszyliśmy w stronę Czerska. W Czersku na rynku zjedliśmy pizzę i skierowaliśmy się pustą drogą do kamiennych kręgów w Odrach. Ten malowniczy zakątek został uznany za rezerwat przyrody w 1958 r. Miejsce to oprócz rezerwatu przyrody jest także bardzo interesującym skupiskiem archeologicznym. Wewnątrz ogrodzenia, pośród rzadkiego sosnowego lasu znajduje się 10 całych i fragmenty kręgów kamiennych, z których najmniejszy ma średnicę 15 m, a największy 33 m. Na obwodnicy kręgów ustawione są kamienie wystające od 20 do 70 cm ponad powierzchnię ziemi. Liczba ich waha się od 16 do 29 sztuk w jednym kręgu. W środku kręgu ustawiony jest jeden, a rzadko dwa kamienie. Prócz kręgów, na terenie rezerwatu znajduje się około 30 kurhanów o średnicy od 8 do 12 m. Kamienne kręgi szczególnie przypadły do gustu Agnieszce. Aby dojechać do drogi asfaltowej musieliśmy pokonać 5 kilometrów ciężką, ale piękną drogą przez las. Niestety oznaczenie szlaku na mapie delikatnie mówiąc nie odpowiadało rzeczywistości, więc w rezultacie nadłożyliśmy nieco drogi. W pewnym momencie musieliśmy ustąpić drogi przechadzającemu się stadu krów.

Do Wiela dotarliśmy dopiero około 18 i niestety byliśmy zmuszeni do zrezygnowania ze zwiedzania kalwarii. Do celu pierwszego etapu zostało jeszcze 24 km więc musieliśmy się sprężać. Na drodze do Wdzydz Tucholskich nieszczęśliwie samochód wyprzedzał mnie akurat przy gigantycznej kałuży… Nie muszę opisywać, jak wyglądałem po przyjęciu na siebie sporej porcji wody. Ostatni kawałek do Gołunia wiódł szlakiem przez gęsty las i był bardzo malowniczy. W Gołuniu nie było atrakcyjnego pola namiotowego, więc postanowiliśmy dojechać jeszcze kawałek do Wdzydz. Tam znaleźliśmy miejsce na nocleg, posiedzieliśmy chwilę słuchając muzyki i przed północą poszliśmy spać.

DZIEŃ 2 Wdzydze – Lubowidz

TRIP: 94,65 km • TIME: 5:30:07 • AVS: 17,20 km/h • MAX: 57,23 km/h
Ranek był chłodny, ale na szczęście nie padało. Z namiotów ruszyliśmy się o 8, spakowaliśmy się i zjedliśmy śniadanie pod wiatą. Podczas pobytu w WC przekonałem się dość boleśnie o niebezpieczeństwie, jakie niesie za sobą metalowa zasuwka. Przy otwieraniu zamka drewnianych drzwi niefortunnie uciąłem sobie kawałek skóry kciuka. Z tego powodu zrobiło mi się słabo i w końcu zemdlałem… Pasio i Ryba dość szybko mnie ocucili i skończyło się na strachu. Po kilku minutach, już w pełni sił, ruszyliśmy w stronę skansenu we Wdzydzach. Stwierdziliśmy jednak, że ciekawszą atrakcją turystyczną będzie parowozownia w Kościerzynie (ul. Towarowa 7) i w tamtą stronę skierowaliśmy nasze rowery. Muzeum bardzo przypadło nam do gustu – za niewielką kwotę można podziwiać naprawdę ciekawe eksponaty. Polecamy! Więcej informacji o parowozowni na stronach Wikipedii. Po półgodzinnym spacerze wśród lokomotyw ruszyliśmy dalej w stronę Stężycy. Pasio wciąż narzekała, że nie ma siły jechać i chyba coś jest nie tak z jej kondycją. Jednak, jak się okazało przyczyną kłopotów było zbyt małe ciśnienie w oponach! Po uzupełnieniu niedoboru powietrza Agnieszka odzyskała wigor i zaczęła gnać jak szalona. Kolejne kilometry upływały nam w bardzo ciekawej i pięknej okolicy. To prawda, że Kaszuby potrafią zauroczyć. Chcieliśmy skrócić trochę drogę i dojechać czarnym szlakiem do drogi między Jeziorem Raduńskim Górnym i Dolnym, jednak dostępność tego szlaku dla rowerów jest moim zdaniem znikoma. Także musieliśmy skorzystać z drogi asfaltowej biegnącej nieco dookoła. Między jeziorami dopadł nas niespodziewanie ulewny deszcz, ale nawet się ucieszyliśmy, bo po północnej stronie drogi znaleźliśmy pizzerię z altanką i pięknym widokiem na jezioro. Pokrzepieni obiadem skierowaliśmy się w stronę Miechucina i Mirachowa. W okolicy diabelskiego kamienia mieliśmy małą uroczystość – rowerowi Agnieszki „stuknęło” okrągłe 2000 km. Dzień mijał naprawdę w wybornej atmosferze, ale niestety pod wieczór, gdy dotarliśmy nad Jezioro Lubowidzkie Agnieszce nieco skwaśniała mina. Okazało się bowiem, że nie ma tu kempingu z prysznicem, a tylko pole namiotowe nad jeziorem. Dla mnie i Ryby bomba, ale kobiety mają inne wymagania… Na szczęście wieczór spędziliśmy w dobrych nastrojach przy piwku w barze nad jeziorem. Cały dzień, aż do zachodu słońca, był ciepły i idealny na rower. Niestety wieczorem zrobiło się zimno.

DZIEŃ 3 Lubowidz – Łeba

TRIP: 65,22 km • TIME: 4:59:40 • AVS: 13,05 km/h • MAX: 38,92 km/h
Wstaliśmy tradycyjnie o 8, a właściwie kilka minut po, bo nikomu nie chciało się wychodzić z namiotu w chłodny poranek. Nie padało, ale niebo było przykryte gęstymi chmurami. Jak tylko zwinęliśmy obozowisko zaczęło kropić. Małe krople z każdą sekundą stawały się większe i intensywnie atakowały nieosłonięte od deszczu miejsca. Nie chcąc marnować czasu rozegraliśmy z Rybą mecz w piłkarzyki (rozgromiłem go sromotnie). Deszcz wreszcie skapitulował i ruszyliśmy w poszukiwaniu śniadania. Niestety aż do Lęborka nie znaleźliśmy żadnego baru, ani kawiarni, więc zadowoliliśmy się sklepem spożywczym. Pojawiło się słońce, które bardzo poprawiło nam humory… Niestety tylko na kilka minut bo jak tylko zaczęliśmy jechać zaczęło padać. Tak upłynęła spora część trasy – kawałek na rowerze, parę minut pod drzewami. Czas wyczekiwania na słońce umilaliśmy sobie zagadkami z których najwięcej trudu sprawiła nam ta autorstwa Ryby, w której trzeba odpowiedzieć na pytanie ile lat ma każde dziecko:
Dwóch kumpli spotyka się po kilku latach.
Rozmawiają ze sobą i jeden mówi:
– Mam 3 dzieci. Razem mają tyle lat, ile jest okien w tym budynku.
Drugi liczy okna w budynku i mówi:
– Nie wiem ile lat ma każde z nich.
Na to ten pierwszy:
– W takim razie podpowiem Ci: mój najstarszy syn złamał nogę.
Drugi:
– Aha, to teraz juz wiem ile ma każde z nich lat.

Spróbujcie rozwiązać zagadkę Ryby! Dość sprawnie dojechaliśmy do Sasina, gdzie w pałacu wypiliśmy kawę i małego drinka. Ryba dość mocno zaczął narzekać na bolące ścięgno Achillesa. Pogoda wyraźnie się ustabilizowała i mimo niewysokiej temperatury słońce dawało o sobie znać. Chwilę po opuszczeniu pałacu naszym oczom ukazała się latarnia morska w Stilo. Zrobiliśmy zakupy w sklepie i leśną drogą wepchaliśmy rowery pod samą latarnię. Latarnia w Stilo jest bardzo okazała, po uiszczeniu opłaty (3 zł) można wejść na górę i obejrzeć panoramę okolicy. Nareszcie zobaczyliśmy morze! Zgodnie z planem ruszyliśmy szlakiem w stronę plaży, aby po twardym piasku dojechać do Łeby. Niestety piasek nie okazał się na tyle twardy, aby jechać, w dodatku huraganowy wiatr w twarz utrudniał marsz. Po kilometrze męki (ale też cudownych widoków) dotarliśmy do wyjścia z plaży. Trafiliśmy na czerwony szlak przez las, jednak jego przebieg był na tyle dziwny, że pojechaliśmy w złą stronę! Zamiast 4 kilometrów zostało ich nam do Łeby aż 18! Na szczęście nasza mapa nie uwzględniała nowej drogi wybudowanej ze środków Unii Europejskiej ze Szczenurza przez Nowęcin, która znacznie skróciła ten dystans. Nasze namioty rozbiliśmy na polu namiotowym „Rafael” o bardzo wysokim standardzie. Agnieszka od razu zajęła się karmieniem królików, które były mieszkańcami kempingu. Ciepły prysznic dobrze zrobił nam wszystkim. Wieczorem nareszcie skosztowaliśmy smażonej ryby w restauracji nad kanałem, a potem zrobiliśmy krótki spacer po Łebie. Niestety było bardzo zimno. Kupiliśmy białe wino w sklepie i uczciliśmy udaną wyprawę pod wiatą na naszym kempingu. Po północy poszliśmy spać.

DZIEŃ 4 – POWRÓT

Niestety piątek był kolejnym pochmurnym dniem. Po śniadaniu pojechaliśmy do miasta, gdzie Agnieszka kupiła latarnię morską, do której można włożyć świeczkę. Latarnia bardzo fajnie miga przywołując wspomnienia o tych trzech fantastycznych dniach spędzonych w drodze do jednego z najpiękniejszych zakątków polskiego wybrzeża Bałtyku. Siąpiący deszcz ostudził nasz zapał do jazdy na rowerze i do Lęborka dostaliśmy się podmiejskim pociągiem. Pociąg kursujący na trasie Łeba-Lębork jest naprawdę bardzo nowoczesnym i ułatwiającym życie rowerzystów pojazdem. W Lęborku przesiedliśmy się do ekspresu do Warszawy i tak zakończyły się rowerowe wyjazdy turystyczne w 2007 roku. Nie wybraliśmy się w żadną długą podróż, ale dwa weekendy, podczas których odwiedziliśmy piękne miejsca w Polsce dały dużo satysfakcji.

MAPA I STATYSTYKA

DZIEŃ TRASA DYSTANS [km] AVS [km/h] CZAS [hh:mm:ss] MAX [km/h]
1 Tuchola – Wdzydze 86,49 18,12 05:06:28 39
2 Wdzydze – Lubowidz 94,65 17,20 05:30:07 57
3 Lubowidz – Łeba 65,22 13,05 04:59:40 39
SUMA Tuchola – Łeba 246 (82/dzień) 15,79 15:36:15 57