Pomysł zagranicznej wyprawy zrodził się wczesną wiosną. No bo niby czemu nie pojechać gdzieś dalej? Polskę zjeździliśmy w 5 lat w dość dużym stopniu. Przekraczanie granic w Unii Europejskiej to czysta przyjemność – można to robić wielokrotnie w ciągu dnia bez żadnych problemów. Wybór padł na naszych południowych sąsiadów. Naszym celem było zwiedzenie Budapesztu, kąpiel w Balatonie, a przede wszystkim przebywanie przez dwa tygodnie na rowerze, odwiedzenie wielu ciekawych miejsc i przeżycie ciekawych przygód. Przejechaliśmy przez dwa kontrastowe kraje – górzystą Słowację i płaskie jak stół Węgry (choć zdarzały się też górki). Na wyprawie mieliśmy wszystko – słońce i deszcz, upały i zimne dni, pola słoneczników, Dunaj, przepiękną stolicę Węgier, bezludne tereny i zatłoczone kempingi nad Balatonem, drogi nieprzyjazne rowerzystom i super ścieżki rowerowe.

Z zeszłorocznego składu pozostał tylko Zastrzyk – wspaniała osoba do wspólnych podróży – nie marudzi, nie narzeka, wszystko mu się podoba. Moim zadaniem było zaplanowanie trasy – wiele godzin spędzonych na grupach dyskusyjnych i przed mapami pozwoliło na zrealizowanie ciekawej wyprawy. Zapraszam do przeczytania relacji i obejrzenia zdjęć!

Termin wyprawy: 06-19.07.2005 r.

W wyprawie uczestniczyli:
Michał Szypliński (Chomik), Michał Kasprzak (Zastrzyk)

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

DZIEŃ 1 Bielsko Biała – Zwardoń

Do Bielska-Białej pociąg dojechał przed 11. Opuszczając Warszawę mieliśmy nadzieję, że prognozy się nie sprawdzą, bo w stolicy już o 6 rano było +26º C. Niestety Beskidy przywitały nas ulewą i zimnym powietrzem. Do 13 czekaliśmy w McDonald’sie aż przestanie padać, a że się na to nie zanosiło – ruszyliśmy. Po godzinie byliśmy już kompletnie przemoknięci. Zrobiliśmy 30 km bez zatrzymania, potem ładowanie akumulatorów energetycznych w sklepie i jazda… Niestety tylko 3 km bo Zastrzyk złapał gumę. Wymiana trwała ponad godzinę, ponieważ zapasowa dętka okazała się być również dziurawa(!) i dopiero druga była dobra. Do Zwardonia dotarliśmy koło 19 cali mokrzy i zmarznięci. Spaliśmy w schronisku PTTK po 18 zł od osoby. Był ciepły prysznic – to najważniejsze. Wypiliśmy po kuflu jednego z moich ulubionych piw (Brackie), wzięliśmy lekarstwa profilaktycznie, aby nie zachorować i o 22:30 padliśmy do łóżek.

DZIEŃ 2 Zwardoń – Bojnice

Niestety gardło bolało po wczorajszym dniu, brakowało trochę siły, ale pogoda już lepsza! Po jajecznicy w schronisku ruszyliśmy na przejście graniczne w Zwardoniu. Przed 11 byliśmy już na Słowacji, która przywitała nas słońcem. Skorzystaliśmy ze skrótu górską drogą i wpadliśmy na główną 20 km przed Ziliną. Na zjeździe pobiliśmy nasze dotychczasowe rekordy prędkości – 80 km/h! Do Ziliny jechaliśmy trochę boczną drogą, trochę główną. W tym momencie dotarły od znajomych z Polski wieści o tragicznych zamachach bombowych w Londynie. Na rynku w Zilinie odpoczęliśmy przy fontannie i ruszyliśmy dalej w kierunku Rajeckich Teplic (gdzie zaplanowaliśmy nocleg). 5 km za Ziliną dopadł nas kryzys głodowy, więc stanęliśmy w Hostinach nad rzeką i zjedliśmy Pizzę, a że do kempingu zostało 10 km to skosztowaliśmy po kuflu wspaniałego Staropramena z gęstą pianką! Wyjątkowo podobało nam się to miejsce oraz panie kelnerki bogato obdarzone przez naturę. Ruszyliśmy dalej, pogoda piękna, jechało nam się świetnie, więc nie zatrzymaliśmy się na kempingu w Rajeckich Teplicach, tylko gnaliśmy dalej – do Rajca. Jak się później okazało następny kemping był dopiero w Bojnicach… Po drodze, bardzo już zmęczeni, szukaliśmy miejsca na nocleg „na dziko”, jednak jako że nie mieliśmy zapasów jedzenia jechaliśmy dalej. Jechaliśmy i jechaliśmy… przez Fackovskie Sedlo – przełęcz 832 m n.p.m. – koszmarnie ciężki podjazd, ale w nagrodę długi zjazd! O 20 dotarliśmy do Prievidzy. Tu pod marketem porozmawialiśmy chwilę z miejscowym dziadkiem w języku polsko-słowackim i ruszyliśmy do zamku w Bojnicach. Jak się okazało kemping był 2 km od centrum… 2 km ostrego podjazdu! Ledwo dojechałem. Zastrzyk zachował więcej sił i czekał na mnie przy wjeździe na bardzo ładny kemping w lesie. 127 km – górska trasa zaplanowana na 2 dni zmieściła się w jednym. Zjedliśmy na kolację mój ulubiony wyprażany syr i szybko zasnęliśmy.

DZIEŃ 3 Bojnice – Jelenec

Niestety nie obudziło nas słońce, ale przynajmniej nie padało. Zwinęliśmy obóz i przed 11 ruszyliśmy w drogę. Pod zamkiem w Bojnicach zrobiliśmy obowiązkowo zdjęcia i udaliśmy się w kierunku Prievedzy. Śniadanie zjedliśmy pod Tesco i byliśmy gotowi do połykania kolejnych kilometrów. Pierwsze 10 km trasy wiodło po nieprzyjemnej, ruchliwej drodze szybkiego ruchu. W Novakach odbiliśmy na południe – na Partizanske. W Oslamach minęliśmy przedstawiciela Shimano na całą Słowację. Zrobiła się ładna pogoda, więc zatrzymaliśmy się na mały postój w Velkich Uhercach przed podjazdem na przełęcz, który nas czekał. Podjazd był bardzo wyczerpujący – 12 km non-stop pod górę (momentami 17% nachylenia), ale czekała na nas nagroda – zjazd prawie do samych Zlatych Moravców! Obejrzeliśmy jeszcze pałac w Topolcanach i skierowaliśmy się do Zlatych Moravców. Przed wjazdem do miasta strzeliła mi szprycha w tylnym kole od strony kasety. Na szczęście w centrum miły człowiek zaprowadził nas do serwisu, gdzie w pół godziny naprawili mi koło. Mogliśmy zacząć szukać noclegu. Niestety szybko musieliśmy przestać bo zaczęło się oberwanie chmury. Schowaliśmy się pod Billą. Na szczęście ulewa była krótka – akurat na małą przekąskę. Zdecydowaliśmy się na nocowanie na kempingu koło Jelenca. Ostatnie 15 km jechaliśmy w mżawce. Niestety kempingu z mapy nie było. Udało nam się za to znaleźć piękne bungalowy w ośrodku wypoczynkowym i po krótkich negocjacjach dostajemy cały domek za 400 SK. Na niebie pojawiła się tęcza – „jutro będzie dobrze” pomyśleliśmy…

DZIEŃ 4 Jelenec – Komarno

…Dobrze nie było. Lał deszcz, a miła pani z recepcji obudziła nas o 9 z informacją, że została godzina do opuszczenia lokalu. Spakowaliśmy rowery i czekaliśmy aż przestanie padać. Nie przestało, więc ruszyliśmy w deszczu. Na szczęście jak tylko kawałek odjechaliśmy nagle sucho! Widocznie chmury zaległy w górach i nie miały zamiaru się stamtąd ruszać. Cały dzień jechaliśmy pustymi, bocznymi drogami przez malownicze wioski południowej Słowacji. Pierwszą czynną restaurację znaleźliśmy dopiero po 57 km w Dvorach, gdzie zjedliśmy obiad i pyszne palacinky z orzechami na deser. Do granicy zostały 32 km. Nawet nie spostrzegliśmy kiedy minęły. Po drodze Zastrzyk musiał naprawić zepsutą przerzutkę, co wykorzystałem na małą sesję fotograficzną w słonecznikach. Dojechaliśmy do Węgier! Niestety jedyny kemping w okolicach Komarna obsługiwał bardzo burakowaty właściciel, który nie zachęcił do zostawienia niemałych pieniędzy (około 45 zł od osoby) na jego polu. Wróciliśmy więc na Słowacką stronę, gdzie znaleźliśmy Yacht Club nad Dunajem na zachód od Komarna. Cena 200 SK za łóżko z pościelą była aż nadto satysfakcjonująca. Inaczej jednak wyobrażałem sobie królową rzek Europy. Miejsce było mało urokliwe, zaczęliśmy tęsknić trochę za pięknymi górami Słowacji… Wypiliśmy po Zlatym Bażancie i poszliśmy spać. Jutro Esztergom!

DZIEŃ 5 Komarno – Esztergom

Yacht Club opuściliśmy o 11. Godzinę spędziliśmy na śniadaniu pod hipermarketem. Zanim ruszyliśmy zrobiła się piękna pogoda. Jechaliśmy cały czas po Słowackiej stronie – raz między polami słoneczników, a raz nad samym brzegiem Dunaju. Droga do Sturova minęła błyskawicznie. Przeprawiliśmy się przez granicę do Węgier, gdzie spotkaliśmy bardzo pomocnego kolarza, który wskazał nam miejsce taniego kempingu z dala od turystów. Kemping znajdował się na dużej górze, z której rozciągał się piękny widok na Esztergom i Dunaj. Byliśmy jedynymi gośćmi na tym polu. Wieczorem zjechaliśmy do miasta obejrzeć je dokładniej, a obiad zjedliśmy ostatni raz po słowackiej stronie rzeki. W nocy zrobiliśmy zdjęcia oświetlonej bazyliki, wypiliśmy po Zlatym Bażancie i poszliśmy spać.

DZIEŃ 6 Esztergom – Budapeszt

Według mapy z Esztergom do Budapesztu wiedzie ścieżka rowerowa Eurovelo. Nic z tego! Oczywiście sam wyjazd z Esztergom był elegancki, ale później nagle ścieżka się skończyła w polu pokrzyw! Dalej trzeba było jechać drogą. Przed Wyszogrodem złapała nas ulewa, na szczęście krótka. Droga była bardzo malownicza i wiodła nad brzegiem Dunaju. Kilkanaście kilometrów przed Budapesztem zaczęła się ścieżka rowerowa, która miała nas zaprowadzić do centrum miasta. Niestety… Budapeszt to mało przyjazne miejsce dla cyklistów – ścieżki były słabo oznakowane i najczęściej urywały się zupełnie niespodziewanie. Kiepskie oznakowanie w połączeniu z deszczem, który zaczął lać mocno nas sfrustrowały. W końcu jednak pojechaliśmy ulicą między samochodami tkwiącymi w gigantycznych korkach i dotarliśmy do informacji turystycznej. Zamieszkaliśmy w akademiku w Budzie za 5000 HUF od osoby za noc. Było nawet darmowe Wi-Fi! Zasłużyliśmy na dwa dni odpoczynku w tym pięknym mieście.

DZIEŃ 7-8 Zwiedzanie Budapesztu

DZIEŃ 9 Budapeszt – Vilonya

Opuściliśmy nasz akademik o 10:30. Wreszcie pogoda była naprawdę piękna! Przez sieć zagmatwanych ścieżek rowerowych Budapesztu przeprowadziła nas spotkana na światłach rowerzystka – nauczycielka szkoły podstawowej. Dzięki niej bez problemu opuściliśmy miasto. Kierowaliśmy się na południowy zachód – nad Balaton! Żar z nieba lał się niemiłosiernie, opalaliśmy się w czasie jazdy, wszystko szło „jak z płatka”. Po przejechaniu 83 km o godzinie 17 zjedliśmy obiad w dość drogiej knajpie w Szekesfehervar (byliśmy tak głodni, że nie chciało nam się szukać długo) – ja dostałem dobre mięsko z ananasami i sosem kokosowym, a Zastrzyk niestety jakieś ochłapy. Zamierzaliśmy dojechać jak najbliżej Balatonu. O 19 dopadł nas… deszcz!!! To było coś niesamowitego! Wydaje mi się, że była to jedyna chmura na Węgrzech! Jak ulewa trochę osłabła na sile ruszyliśmy i zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. To miało być nasze pierwsze w życiu spanie „na dziko”. Po zachodzie słońca odbiliśmy w polną drogę i jechaliśmy nią ponad kilometr. Znaleźliśmy wręcz idealną miejscówkę – polanę otoczoną krzakami pośród niekończącego się bezmiaru zborza. Naszego namiotu nie było widać z żadnej strony – i o to nam chodziło – z dala od cywilizacji! Żaby kumkały, ptaki śpiewały – cudowne miejsce! Bardzo nam się spodobało i stwierdziliśmy, że takie spanie ma niepowtarzalny urok! Kilka minut po 22 „odpłynęliśmy”.

DZIEŃ 10 Vilonya – Balatonfured

Obudziłem się o 5. Zastrzyk spał jak zabity (podobno budził się wcześniej) więc cichutko wygrzebałem się ze swojego śpiwora i wyszedłem przed namiot. Słońce właśnie zaczęło wychodzić zza pagórka więc czym prędzej chwyciłem za aparat, aby złapać pierwsze promienie tego dnia. Kłosy zbóż miały niesamowicie złocisto-miodowy kolor! Cieszyłem się jak dziecko z lizaka biegając po polu i chłonąc dobrodziejstwa natury. Po półgodzinnym spacerze zdrzemnąłem się jeszcze trochę i o 7:30 zaczęliśmy zwijać naszą bazę. Opuściliśmy to piękne miejsce i ruszyliśmy w kierunku Balatonu. Mieliśmy zamiar zanocować na największym kempingu nad jeziorem – Balatonfured. Tak też zrobiliśmy – po 35 km zakończyliśmy jazdę – to był najmniejszy dystans podczas całej wyprawy, ale luźniejszy dzień był nam potrzebny. Pogoda zachęcała do plażowania więc całe popołudnie spędziliśmy nad Balatonem. Ja zagrałem w piłkę plażową w drużynie z Węgrami przeciwko Niemcom i ogoliliśmy frajerów 15:11. Wieczorem wypiliśmy z Zastrzykiem lokalne winko nad brzegiem jeziora, obejrzeliśmy żaglówki spływające do portów na tle pastelowego różowo-niebieskiego horyzontu. Noc była bardzo ciepła.

DZIEŃ 11 Balatonfured – Szombathely

Po porannej kąpieli w Balatonie opuściliśmy nasz luksusowy kemping i udaliśmy się w stronę Półwyspu Tihany. Pogoda była istnie plażowa (ponad 30 stopni w cieniu) więc na rowerze jechało się dość ciężko. Po śniadaniu na półwyspie Tihany (w miejscu gdzie Makłowicz robił zupę z ryby występującej tylko w Balatonie – nie wiem co to za ryba) trzymaliśmy się cały czas ścieżki rowerowej Balatony i znaków na Keszthely – gdzie zamierzaliśmy nocować. Ścieżka była bardzo widokowa, a jej fragment wiódł przez pobliskie góry. Do Keszthely dotarliśmy około 17 (w międzyczasie zmoczył nas przelotny deszczyk – normalka). Zjedliśmy obiad w grill barze (bardzo smaczny i w miarę tani) i zastanawialiśmy się co dalej. Na licznikach mieliśmy 83 km. Chcieliśmy spać „pod chmurką” na jakiejś plaży nad jeziorem, jednak ten plan nie wypalił, bo wszystko było zatłoczone przez turystów. Stwierdziliśmy, że znajdziemy nocleg gdzieś po drodze i ruszyliśmy w stronę Szombathely. Jak się później okazało tam właśnie spaliśmy… Zrobiło się trochę chłodniej, więc warunki do jazdy były lepsze i na pierwszym postoju po obiedzie mieliśmy już 35 km za nami. Zrobiliśmy szybkie zakupy na stacji benzynowej i ruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy sporo szczęścia, bo ostatnie 2 godziny, które jechaliśmy po ciemku z lampkami mknęliśmy w „korytarzu” między dwoma burzami. Nie dopadły nas na szczęście i dotarliśmy do celu – kempingu w Szombathely (nomen-omen bardzo ciężko go było znaleźć). Na licznikach widniało 180 km… No ładnie! Prysznic i spać.

DZIEŃ 12 Szombathely – Balf

Niestety nie mogliśmy długo pospać, bo rano w namiocie zrobiła się sauna i po 8 nie dało się w nim wytrzymać. Byliśmy zmęczeni po wczorajszej jeździe i chcieliśmy odpocząć, ale trudno zwinęliśmy obóz i powoli rozpoczęliśmy naszą dalszą tułaczkę. Zatrzymaliśmy się na śniadanie – tradycyjnie pod marketem. Wypicie litra czekoladowego mleka nie byo najlepszym pomysłem na jaki wpadłem tego dnia… Cała zawartość mojego żołądka wylądowała pod pobliskimi tujkami (zdobiącymi wejście do hotelu). To spowodowało, że bardzo źle mi się jechało, upał potęgował słabość. Na dodatek nie mogliśmy trafić na właściwą drogę i w efekcie mieliśmy na licznikach już 19 km zanim opuściliśmy Szombathely. Nie bardzo układało nam się podróżowanie tego dnia. Bardzo denerwujące na Węgrzech jest to, że na większości dróg jest zakaz jady na rowerze! Mimo, że nie ma żadnej lokalnej niedaleko, mimo małego ruchu i pobocza wszędzie zakaz, zakaz, zakaz! Na szczęście nikt włącznie z policją nie respektuje tego idiotycznego przepisu. I oczywiście teraz też musieliśmy się posiłkować taką drogą. Potem na szczęście pojawiły się ścieżki rowerowe, nasza forma się poprawiła i szybko dojechaliśmy do Austrii. A tam biegła bardzo ładna droga dla rowerów wśród lasów oraz pól zboża i słoneczników. Kolejny raz przekroczyliśmy granicę i z powrotem znaleźliśmy się na Węgrzech. Do kempingu zostało już niewiele kilometrów. Zatrzymaliśmy się w Balf na bardzo przyjemnym kempingu Castore z basenem – kosztował 1290 HUF od osoby (super cena!). Zjedliśmy porządną kolację, wykąpaliśmy się w basenie – bardzo poprawiło to nasze morale! Został nam ostatni dzień jazdy na rowerze.

DZIEŃ 13 Balf – Bratysława

Spało się świetnie. Po porannej kąpieli w basenie ruszyliśmy do restauracji na śniadanie. Omlet z szynką smakował wyjątkowo dobrze po tylu dniach jedzenia rogalików z czekoladą (były podstawowym „zapychaczem” przez ostatnie 2 tygodnie). Był piękny upalny dzień. Jechaliśmy oczywiście bez koszulek i łapaliśmy heban na i tak już opalone plecy. Trochę błądziliśmy zanim dotarliśmy do Fertorakos. Tam zrobiliśmy ostatnie zakupy za forinty i przekroczyliśmy granicę Węgiersko-Austriacką. Praktycznie przez całą austriacką część naszej trasy wiodła rewelacyjna droga dla rowerów wśród winnic. Prawdziwy cyklo-highway! Słońce paliło niemiłosiernie więc trochę nas wyczerpało zanim dotarliśmy do Bratysławy. Kupiliśmy bilety na pociąg do Warszawy następnego dnia i udaliśmy się do informacji turystycznej. Znaleźliśmy akademik blisko centrum i wieczorem poszliśmy pożegnać starówkę w Bratysławie przy wybornym piwku.

DZIEŃ 14 Powrót do domu

Koszt przejazdu razem z rowerem z Bratysławy do Warszawy to około 180 zł od osoby. Po lekturze grupy dyskusyjnej pl.rec.rowery baliśmy się, że w Czechach każą nam wysiadać z pociągu (zakaz przewożenia rowerów w EuroCity). Ale trzeba było spróbować. Pociąg z Budapesztu spóźnił się dobre półtorej godziny. W dodatku podjechał na inny peron niż w rozkładzie… W związku z tym, że nie czekał zbyt długo na podróżnych ledwo zdążyliśmy wskoczyć do ostatniego wagonu (musieliśmy dwukrotnie pokonać schody). Odetchnęliśmy z ulgą. Przygotowaliśmy kilkanaście dolarów „łapówki” w razie problemów w Czechach i czekaliśmy na granicę… A po jej przekroczeniu wyjątkowo niemiła pani kazała nam opuścić pociąg! Powiedzieliśmy, że nigdzie się nie ruszamy. W końcu po negocjacjach kazano nam przejść do innego wagonu i już bez większych przeszkód dotarliśmy do stolicy. Po drodze konwersowaliśmy z bardzo sympatyczną kobietą z Wiednia o szkole, polityce i sporcie, więc podróż minęła bardzo szybko. Mimo zmęczenia zrobiło nam się trochę smutno jak wysiedliśmy z pociągu. Wakacyjna przygoda dobiegła końca…

MAPA I STATYSTYKA

Bielsko Biała – Zwardoń

DZIEŃ TRASA PAŃSTWA DYSTANS [km] AVS [km/h] CZAS [hh:mm:ss] MAX [km/h]
1 Bielsko Biała – Zwardoń Polska 54,48 16,34 03:20:03 55
2 Zwardoń – Bojnice PolskaSłowacja 126,87 18,57 06:49:45 79
3 Bojnice – Jelenec Słowacja 86,11 18,86 04:33:50 53
4 Jelenec – Komarno SłowacjaWęgry 106,14 20,26 05:14:21 46
5 Komarno – Esztergom SłowacjaWęgry 83,36 16,75 04:58:29 48
6 Esztergom – Budapeszt Węgry 79,10 17,70 04:28:06 45
7 Budapeszt Węgry
8 Budapeszt Węgry
9 Budapeszt – Vilonya Węgry 122,66 18,71 06:33:17 59
10 Vilonya – Balatonfured Węgry 37,33 15,22 02:27:08 53
11 Balatonfured – Szombathely Węgry 178,92 18,53 09:39:13 51
12 Szombathely – Balf WęgryAustria 78,35 16,92 04:37:49 60
13 Balf – Bratysława WęgryAustriaSłowacja 111,19 18,51 06:00:17 50
SUMA Bielsko Biała – Bratysława PolskaSłowacjaWęgryAustria 1065 (97/dzień) 18,13 58:42:18 79