Pot zalewa oczy, łańcuch rozpaczliwie szuka większej zębatki na kasecie, ale już od dawna obraca się na 28 zębach… Momentalnie zapominasz o wszystkich docinkach kolegów na temat damskiej korby i błogosławisz „kompakta”, na którego zdecydowałeś się mimo szyderczych spojrzeń. Pokonujesz kolejną agrafkę i z nadzieją wypatrujesz chociaż kawałka odpoczynku po kilku kilometrach 15-procentowego nachylenia. Znak, który widzisz, powoduje, że język wypada ci niemal do asfaltu. Jesteś kawałek przed zdobyciem Passo San Pellegrino.

Alpy to bardzo popularna destynacja dla polskich narciarzy. Wciąż jednak ich letni potencjał jest zupełnie niewykorzystany, a szkoda… Naprawdę dziwi mnie, że mnóstwo kolarzy-amatorów zamiast wyjechać w tak piękne miejsce i przeżyć szosową ekstazę, przeznacza pieniądze na wymianę jakiegoś drogiego komponentu i w efekcie korzysta z niego tylko na podmiejskich, nudnych niedzielnych rundach. Rozumiem tych, którzy się ścigają – mają rozpisane plany treningowe, trzymają się ściśle „rozkładu jazdy”. Wszystkim pozostałym polecam spróbować spędzić urlop na szosach wijących się po zboczach najwyższych gór Europy.

Powrót na szosę w Alpy po kilku latach przerwy był moim marzeniem. Wakacje z 2009 roku, kiedy pierwszy raz miałem styczność z takim rowerem, zakorzeniły się w mojej głowie wyjątkowo mocno. Najlepsze wspomnienia mam jednak z 2010 roku, gdy pokonałem trasę legendarnego wyścigu Transalp – z Bawarii nad jezioro Garda. Jeszcze w zimie postanowiłem, że czas na powtórkę i krok po kroku realizowałem plan. Wizja spędzenia tygodnia w nieco ciekawszym terenie niż płaskie Mazowsze spodobała się kilku znajomym i w ten sposób pierwszy wyjazd rowerowy organizowany przez Eurower znalazł się w kalendarzu.

Podobnie jak inne nowe inicjatywy i ta rodziła się nie bez przeszkód. Ciąg zdarzeń, który miał miejsce w dniu wyjazdu, do dziś wydaje mi się nieprawdopodobny… Rano, podczas zabawy, moja dwuletnia córka wsadza mi palec w oko. Robi to na tyle niefortunnie, że rogówka nie wytrzymuje. Na szczęście kończy się na potwornym bólu, antybiotyku i pirackiej opasce, ale jak bez oka jeździć na rowerze?

Gdzie jesteś?

– pyta Konrad.

W szpitalu

– odpowiadam.

Ja też, złamałem rękę, jadąc do pracy na rowerze miejskim. W dodatku rozwaliłem samochód w drodze na prześwietlenie

– przekazuje hiobowe wieści. Jeszcze nie dotknęliśmy rowerów, a już mamy dwie kontuzje, w tym jedną eliminującą z jazdy. Z radosnym postanowieniem, że gorzej już być nie może, ruszamy w Alpy.

Musimy niestety zmienić początek trasy – w Tyrolu leje od miesiąca, Inn ledwo mieści się w korycie, a na kempingu w Sölden trzeba po nocy strącać sople z namiotów, mimo że jest już koniec czerwca. Na przełęczy Timmelsjoch, która miała być najwyższym punktem naszej trasy, codziennie pada śnieg z deszczem. Nie ryzykujemy jazdy w takich warunkach przez kilka godzin. Wdrażam w życie plan B – startujemy z Merano, gdzie upału nie ma, ale przynajmniej jest trochę cieplej. Rozbijamy obozowisko na bardzo przyjemnym kempingu, tuż przy dolnej stacji kolei linowej na szczyt Klammeben. Zresztą wyciągi i narciarskie stacje będą nam towarzyszyły przez cały tydzień. Oglądamy mapy, przedstawiam trasę na pierwszy dzień.

Przed pierwszym noclegiem na bardzo ładnym kempingu w Merano. Nie każdy lubi spanie w takich warunkach, ale mnie to odpowiada i bardzo lubię obozowe życie.

Sam muszę obejść się smakiem i poczekać dobę, ponieważ oko jeszcze nie działa jak należy. Grupa rusza na 100-kilometrową rundę na południe. Pierwszy dzień jest prawdziwym chrztem bojowym – zjazdy z przełęczy przy akompaniamencie grzmotów i ulewnego deszczu od razu powodują inne postrzeganie kolarstwa. Niestety pech nas nie opuszcza – po pokonaniu naprawdę trudnej trasy zdarza się rzecz niebywała. Kasia, entuzjastka kolarstwa szosowego, zaciska na prostej drodze zbyt mocno hamulec i lot przez kierownicę eliminuje ją z dalszej części wycieczki. Wieczór, zamiast w pizzerii, spędzamy w szpitalu w Merano. Nasza koleżanka kończy wakacje z urwanymi więzadłami barku, ale obiecuje, że jeszcze jesienią wróci na rower (słowa dotrzymała). Zostaje nas szóstka – Jarek, Tomek, Mateusz i ja oraz nasza niezawodna załoga busa, czyli moja żona Agnieszka i córka Hania.

Pierwsze śliwki robaczywki. Limit pecha wyczerpany!

Szczęście zaczyna nam sprzyjać i odtąd wszystko układa się pomyślnie. Po kilku tygodniach opadów nareszcie wychodzi słońce i możemy zacząć rozkoszować się kolarstwem w najwspanialszej postaci. Codziennie pokonujemy około 100 km dystansu i 3000 m przewyższenia. To naprawdę wymagające etapy, ale po to tu przyjechaliśmy. Noce spędzamy na kempingach – by było bardziej przygodowo.

Zaczynamy od 20-kilometrowej wspinaczki na Jaufenpass – przełęczy, która w 2010 roku była dla mnie bardzo dużym wyzwaniem. Teraz, po kilku latach obcowania z rowerem szosowym, nie stanowi żadnego problemu. Jesteśmy tuż przy granicy z Austrią. Góry są tu surowe i potężne. Gdy wyjeżdżamy ponad linię lasu, oczom ukazują się ogromne przestrzenie kamienistych zboczy i ośnieżonych szczytów. Na górze czekają już moi kompani, którzy mają nieco mocniejszą „nogę”, ale nikt nikogo nie popędza. W turystyce na szosie cenię to, że można się zatrzymać na podjeździe, zrobić zdjęcie albo zjeść kiełbaskę w schronisku na przełęczy. Z Jaufenpass do kempingu mamy 50 km, najpierw ostro w dół, a potem długo, długo z lekkim spadkiem. Jedzie się fantastycznie!

Drugi etap to dwa duże podjazdy. Zaczynamy od 1400 m w pionie, by zdobyć Würzjoch. Droga wiedzie przez gęsty las, wzdłuż strumienia. Ponieważ nie jest to leniwie płynący Nil, tylko prawdziwy alpejski potok z licznymi wodospadami, to asfalt pnie się bardzo mocno w górę. Nie przeszkadzają nam samochody, bo po prostu tędy nie jeżdżą, za to odcinki o 20-procentowym nachyleniu dają w kość. Wszystko rekompensuje krajobraz, w jakim się znajdujemy. Jest zupełnie inaczej niż dzień wcześniej. Wąska wstążka asfaltu wije się na zboczu, a co jakiś czas krzyżuje się drewnianym mostkiem ze strumieniem. Niesamowity szlak. Naszym oczom ukazują się pierwsze szczyty Dolomitów. Wrażenie jest piorunujące. Po zdobyciu Würzjoch jemy makaron w schronisku, standardowo zakładamy wiatrówki i pędzimy w dół w stronę Brunico. Druga część etapu dostarcza jeszcze większych wrażeń. Znowu opuszczamy główną drogę i poruszamy się asfaltem, który ma szerokość małego samochodu. Droga marzeń dla każdego szosowca! Jedziemy nią spory kawałek przez lasy i pola, przez chwilę nawet szutrówką. Momentami mamy wrażenie, że przejeżdżamy przez czyjeś prywatne podwórka. Na deser ciężki podjazd na Furkelpass i lądujemy na pięknym kempingu w St. Vigil – wrót do Dolomitów.

Wszystko znowu zmienia się jak w kalejdoskopie. Wąskie, popękane jak pustynia dróżki z morderczymi podjazdami zamieniamy na szerokie asfalty o dobrej nawierzchni i przyjaznymi nachyleniami (7–10%). Czeka nas dzień samych „naj”. Mamy do pokonania najdłuższy dystans, największe przewyższenie oraz największą liczbę przełęczy do zdobycia. Ale za to w jakiej scenerii – Sella Ronda, w samym sercu Dolomitów. Rozpoczynamy od rozgrzewki. Do Corvary jedziemy po dość płaskim terenie. Przejeżdżamy przez Alta Badia – miejscowość znaną każdemu kibicowi narciarstwa alpejskiego. To tu rozgrywany jest jeden z najtrudniejszych gigantów w sezonie. Stromą i wąską trasę Gran Risa widać z szosy. Zaczynamy podjazd na pierwszą przełęcz – Passo Gardena (Grödnerjoch). Okoliczności przyrody powalają. Monumentalne nagie skały, a wśród nich wijące się serpentyny. Marzenie każdego rowerzysty. Kolejno zjeżdżamy i wjeżdżamy po paręset metrów w pionie, zdobywając Passo Sella (Sellajoch) i Passo Pordoi. Na trzeciej przełęczy robimy postój i zajadamy się pysznym włoskim makaronem. Carbonara w ogródku restauracyjnym z widokiem na Marmoladę smakuje wybornie. Po nabraniu sił ruszamy w długi zjazd do Arabby. Po drodze spotykamy wielu rowerzystów, którzy podobnie jak my oddają się swojej pasji. Czwartą przełęcz – Passo Falzarego – zdobywamy dość szybko – to chyba najłatwiejszy podjazd dnia. Po drodze na szczyt mijam leciwego dziadka na szosówce. Mimo podeszłego wieku świetnie daje sobie radę. We Włoszech sporo starszych osób uprawia kolarstwo. Szacunek. Na przełęczy robimy chwilę przerwy, a za moment jesteśmy już 600 metrów niżej, gotowi do wielkiego finału – Passo Giau. To zdecydowanie najtrudniejszy podjazd, a dodatkowo zmęczenie poprzednimi czterema przełęczami daje się we znaki. Osłody trudowi nadają fantastyczne widoki – dzikie alpejskie konie skubiące trawę i niesamowite formacje skalne w promieniach popołudniowego słońca. Satysfakcja jest ogromna, a potęguje ją fakt, że niemal taką samą trasę miesiąc wcześniej pokonywali kolarze podczas królewskiego etapu Giro d’Italia. Po chwili odpoczynku pędzimy w dół po „agrafkach” do Alleghe. To miejscowość wybierana często na zimowy wypoczynek przez miłośników narciarstwa. W opinii wielu stacja Civetta jest najwspanialsza w całych Dolomitach! Kemping znajduje się dwa kilometry dalej, w miasteczku Masarè.

Sella Ronda to jedna z najpiękniejszych szosowych dróg, jakie widziałem w życiu.

Często po ciężkim etapie na wielkich tourach kolarze mają dzień przerwy albo chociaż odcinek po płaskim. Nas za to czekają dziś trzy duże przełęcze i jedna mała, nieznana – zwyczajowo nazywana przez rowerzystów „przełęczą kojota”. Rozpoczynamy od łagodnego zjazdu na rozgrzewkę. Wspinaczka rozpoczyna się w miejscowości Falcade. Podjazd na Passo San Pellegrino jest znacznie bardziej wymagający od wszystkich wczorajszych. W wielu miejscach musimy się zmierzyć z nachyleniem 15%, a zdarzają się kawałki po 18%. Zjeżdżamy do Moeny. To miejscowość chętnie odwiedzana przez Polaków podczas zimowych ferii. Podjazd na Karerpass jest znacznie łatwiejszy od poprzedniego, ale nie mam dziś zbyt dużo mocy i pokonuję go powoli. Spaghetti na przełęczy zdecydowanie dodaje mi sił. Długi zjazd doprowadza nas do rozwidlenia dróg i z ulgą przyjmujemy wiadomość, że nie musimy jechać w lewą stronę na Passo Lavazè, ponieważ podjazd wydaje się bardzo wymagający. Odbijamy w prawo na Monte San Pietro. Trzecia wspinaczka tego dnia nie sprawia już żadnych problemów. Po ciężkiej pracy musi być nagroda – 20 kilometrów zjazdu do doliny, przez którą przebiega autostrada Bolzano – Trento. Często atrakcje, które nie zapowiadają się imponująco, sprawiają miłą niespodziankę. Tak jest z „przełęczą kojota”. Podjazd jest super – wymagający (momentami 14%), ale krótki i w dodatku wśród przepięknych winnic. Atrakcją są też ruiny zamku, które można podziwiać podczas wspinaczki. Pozostaje bardzo stromy zjazd do Kalterer See. Namioty rozbijamy na kempingu nad samym jeziorem. Wieczór jest bardzo ciepły, więc zażywamy kąpieli – i znowu nie mogę wyjść z podziwu, że jeszcze cztery dni temu uciekaliśmy przed śniegiem, a teraz pływamy w jeziorze.

Przełęcz Kojota to wyjątkowo urokliwe miejsce. Najpierw zameczek, a na szczycie winnice.

Następnego dnia ruszamy rano. Mkniemy przez malownicze winnice. Żar leje się z nieba, a profil trasy nie kłamie – zaczynamy ostry podjazd. Myślałem, że po San Pellegrino nic mnie już nie zaskoczy, ale wspinaczka do Truden przebija wszystko, co wydarzyło się dotychczas. Na pewno upał potęguje trudność, ale i bez niego byłoby bardzo ciężko. Ufff. Po zjeździe do Cavalese ruszamy zdobywać Passo del Manghen – przełęcz, która w 2010 roku zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Pierwsza połowa podjazdu ma umiarkowane nachylenie i wiedzie przez gęsty las, dający dużo cienia. W pewnym momencie droga zwęża się i pnie w górę wzdłuż strumienia z wodospadami. Na wysokości 1750 m n.p.m. kończą się drzewa i moim oczom ukazuje się wijąca asfaltowa serpentyna. Okoliczności są tak niezwykłe, że nie zwracam szczególnej uwagi na nachylenie, które robi się całkiem spore. Po chwili odpoczynku i 40 kilometrach zjazdu kończymy dzień nad cudnym jeziorem Caldonazzo.

Nie tylko górskie przełęcze stanowią atrakcję. Przejazdy wąskimi, brukowanymi uliczkami przez malownicze miasteczka to sama rozkosz.

Podjazd na Passo del Manghen od strony Cavalese jest jednym z moich ulubionych.

Zjazdy wąskimi asfaltowymi serpentynami wymagają koncentracji, ale dają niesamowitą frajdę.

Finał naszego Transalpu zaplanowaliśmy nad Gardą. Jednak nasi dzielni piłkarze sprawili ogromną niespodziankę, awansując do 1/8 finału mistrzostw Europy, więc postanawiamy skrócić etap, by obejrzeć mecz ze Szwajcarią. Oczywiście nie pozbawiamy się przyjemności zdobycia Monte Bondone. Nachylenie nie jest imponujące, ale stopień trudności podnosi różnica wysokości do pokonania – aż 1400 metrów. Równomiernym, niezbyt intensywnym tempem pokonujemy kolejne kilometry. Po drodze cierpię na deficyt wody – kilka kilometrów jadę zupełnie na pusto. Przydrożny kran okazuje się błogosławieństwem. Zjazd z Monte Bondone jest łatwy technicznie, łuki są szerokie, więc można dobrze się rozpędzić. Walczymy z czasem, by zdążyć na mecz, ale trasa do baru z telewizorem, zaplanowana „na kolanie” poprzedniej nocy, nie ułatwia sytuacji. Musimy nawet zmierzyć się z kawałkiem pieszego szlaku, wspinając się kamienistą ścieżką z rowerami na plecach.

Mimo pechowego początku wyjazd kończymy bardzo szczęśliwi. Dodatkowo zwycięski thriller ze Szwajcarami stanowi pozytywny akcent na finiszu naszych przygód. Kolarstwo jest piękne.

W jeździe po Alpach fascynuje mnie zmieniający się krajobraz. Nie potrafię jednoznacznie wskazać ulubionego ich fragmentu, bo każdy jest inny. Najbardziej cieszy mnie to, że jeszcze w tylu miejscach nie byłem i tak dużo pozostaje do odkrycia.

WIĘCEJ ZDJĘĆ Z ROADTRIPU TRANSALP 2016