Po zeszłorocznym zauroczeniu podróżowaniem na rowerze szosowym przez Alpy przyszedł czas na powtórkę. Ponownie pomysłodawcą trasy był Marek. Różnica polegała na skali trudności. Najbardziej wymagający etap z zeszłego roku wydawał się spacerkiem w porównaniu do zaplanowanych na te wakacje. Postanowiliśmy przejechać trasą słynnego 7-dniowego wyścigu kolarskiego Transalp. Nie lada wyzwanie. Początkowo trochę się wahałem, czy dam radę. Ale nie żałuję decyzji. Wyjazd dostarczył tylu wspaniałych wrażeń i dał niesamowitą satysfakcję. Pokonywanie przełęczy było jednocześnie pokonywaniem własnych słabości. Przygotowując się w okolicach Warszawy nie zdawałem sobie sprawy jak będzie ciężko przez kilka pierwszych dni w Alpach. Ale z każdym kolejnym podjazdy wydawały się łatwiejsze, a widoki, które im towarzyszyły zachwycały. Tak pięknie jest tylko w górach. Poruszanie się po trasach etapów Giro d’Italia, znanych z transmisji Eurosportu, potęgowało ekscytację.

Największe wrażenie zrobił na mnie czwarty dzień (nie bez powodu nazwany „królewskim etapem”). Poruszanie się u stóp ogromnych Dolomitów po trasach Sella Rondy było niezapomnianym przeżyciem. Ale chyba najwspanialszy był podjazd pustym, wąskim asfaltem, wśród dziesiątek pasących się krów, z Cavalese na Manghenpass. Absolutna rewelacja!

Naprawdę ciężko jest mi się teraz przyzwyczaić do powrotu na niziny – takich emocji, widoków i satysfakcji ze zdobycia przełęczy, nie ma nigdzie indziej niż w górach! To esencja kolarstwa (zresztą zobaczcie jak nudne są płaskie odcinki np. w Tour de France). Mam nadzieję, że uda się zrobić jeszcze w tym roku kilka wypadów w nasze polskie góry.


Sella Ronda na rowerze – absolutna bajka


Wąski asfalt, a tuż obok dziesiątki pasących się krów – droga na Manghenpass

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

Dzień 1 Mittenwald – Sölden: morderczy Kühtai

TRIP: 127,60 km • TIME: 6:22:12 • AVS: 20,03 km/h • MAX: 73,75 km/h • PRZEWYŻSZENIE: 2706 m
AVG CAD: 66 obr./min • AVG HR: 135 ud./min • MAX HR: 165 ud./min • KCAL: 4303
Przełęcze: Leutasch (1253), Kühtai (2020)

Pierwszy nocleg spędzamy na kempingu położonym u stóp Zugspitze w Garmisch-Partenkirchen, dokładnie tym samym, co rok temu. Obok naszych namiotów swoje obozowisko ma liczna grupa motocyklistów, których od tej pory nazywamy rycerzami ciemności. Co ciekawe większość z nich wpisana jest w jeden schemat – panowie po pięćdziesiątce z dobrze wytrenowanym „mięśniem piwnym”. Odziani w czarne skóry, z przenikliwym rykiem silników zdobywają kolejne przełęcze. Rycerze ciemności. Wstajemy przed siódmą. Poranek w Garmisch jest piękny i słoneczny – aż chce się jechać! O 8.30 jesteśmy gotowi do drogi. Transportujemy się busem do położonego niedaleko Mittenwald – stąd zaczynamy nasz Trans Alp. Sprawdzamy, czy wszystko gra ze sprzętem i ruszamy zdobywać przełęcze. Początek trasy wiedzie po płaskim terenie. Po kilku kilometrach przekraczamy granicę niemiecko-austriacką. Na przetarcie wspinamy się na przełęcz Leutasch (1250 m n.p.m.). Od tego momentu szosa wije się między pagórkami. Przez 20 km towarzyszy nam Austriak, który wybrał się na przejażdżkę po okolicy. Żarty kończą się, gdy zaczynamy pokonywać pierwsze kilometry podjazdu pod Kühtai (cały liczy ich około trzydziestu). Momentami nachylenie na sporych odcinkach wynosi 18%. Na najbardziej stromych fragmentach licznik nie pozostawia złudzeń – 5 km/h, kadencja na poziomie 30 obr./min. Niemiłosierny upał nie poprawia sytuacji – droga przez mękę. Robię kilka przerw i schładzam głowę w płynącym wzdłuż drogi strumyku. Tuż przed przełęczą na drodze blokada… Blokada dość nietypowa, bo zorganizowana przez krowy, które postanawiają przenieść się na pastwisko położone po przeciwnej stronie asfaltu. Za chwilę osiągam cel i znajduję się na przełęczy Kühtai – 2020 m n.p.m. Proszę jedną z uczestniczek niemieckiej wycieczki autokarowej o zrobienie pamiątkowego zdjęcia i odziany w cienką kurtkę chroniącą przed wiatrem, ruszam w dół do Ötz. Zjazd jest bardzo ciekawy i wymaga sprawnego poruszania się po serpentynach. Położone w dolinie miasteczko prezentuje się z góry bardzo atrakcyjnie. Przed rozpoczęciem kolejnego podjazdu próbuję znaleźć źródełko, aby napełnić bidony, ale udaje się dopiero w Huben, po dobrych kilkunastu kilometrach jazdy o „suchym pysku”. Z zapasem wody jedzie mi się lepiej, ale Kühtai dało mi w kość na tyle, że na ostatnich 10 kilometrach podjazdu noga nie chce mi podawać. Do Sölden docieram o 16:30. Marek i Natalia z Tomkiem zdążyli już rozbić namioty. Idziemy na kolację do knajpy położonej nad rzeką Ötztaler Ache. Wieczorem oglądamy film i zmęczeni dość szybko zasypiamy. Pierwszy dzień oceniam na bardzo wymagający.

Profil wysokościowy z pierwszego dnia:

Dzień 2 Sölden – Brixen: Cima Coppi

TRIP: 117,30 km • TIME: 6:24:25 • AVS: 18,30 km/h • MAX: 63,02 km/h • PRZEWYŻSZENIE: 2712 m
AVG CAD: 58 obr./min • AVG HR: 127 ud./min • MAX HR: 168 ud./min • KCAL: 3678
Przełęcze: Timmelsjoch (2509), Jaufenpass (2094)

Jak Sölden, to musi padać! Podobnie jak przed rokiem, rano budzą nas krople deszczu uderzające w tropik namiotu. Na szczęście w trakcie śniadania pogoda się zmienia i asfalt powoli zaczyna przesychać. Niestety namioty musimy zwinąć wilgotne. Trochę się obawiamy, że znowu przyjdzie nam zdobywać Timmelsjoch w strugach deszczu. Na szczęście tym razem jest zupełnie inaczej i na przełęcz wjeżdżamy w krótkich rękawkach, mimo że przy drodze leży jeszcze śnieg. Tych, którzy chcą przeczytać jak było rok temu zapraszam do relacji. Timmelsjoch to nasze Cima Coppi (tym mianem nazywany jest najwyższy punkt podczas wyścigu Giro d’Italia na cześć wspaniałego zawodnika Fausto Coppiego). Po zdobyciu przełęczy zakładamy wiatrówki i pędzimy w dół bardzo długim, dobrze nam znanym zjazdem do San Leonardo. Profil wysokościowy nie kłamał – nie jest nam dana jazda po płaskim. Od razu zaczynamy niemal 20-kilometrową wspinaczkę na przełęcz Jaufenpass. Droga początkowo wije się przez gęsty las poprzecinany szemrzącymi strumieniami, dzięki czemu nie ma problemów z uzupełnianiem wody w bidonach. Ostatnie kilka kilometrów pokonuje się na otwartej przestrzeni. Podjazd nie należy do najtrudniejszych, ale brak treningów w górach sprawia, że na szczyt docieram mocno zmęczony. Na przełęczy zjadamy po tradycyjnej południowotyrolskiej kiełbasie i po nabraniu sił ruszamy na ostatnie 50 km. Jest to przyjemny fragment – najpierw zjeżdżamy 20 km ostro w dół, a przez kolejne 30 km droga łagodnie opada, a wiatr w plecy sprawia, że na kemping w Brixen docieramy błyskawicznie. Wieczór jest bardzo przyjemy. Korzystamy z dobrodziejstw basenu i smakujemy lokalnych przysmaków w restauracji nieopodal naszego pola namiotowego. Zasypiamy wsłuchując się w odgłos potoku przepływającego tuż obok naszych namiotów.

Profil wysokościowy z drugiego dnia:

Dzień 3 Brixen – St. Vigil: królestwo much

TRIP: 88,52 km • TIME: 5:52:08 • AVS: 15,08 km/h • MAX: 68,19 km/h • PRZEWYŻSZENIE: 2762 m
AVG CAD: 58 obr./min • AVG HR: 127 ud./min • MAX HR: 171 ud./min • KCAL: 3409
Przełęcze: Würzjoch (2003), Furkelpass (1789)

Dzień zaczynamy z „grubej rury”. 1400 metrów przewyższenia to naprawdę sporo, jak na jeden podjazd. A tyle właśnie musimy pokonać, aby zdobyć przełęcz Würzjoch. Przez większą część wspinaczki droga wiedzie przez gęsty las, wzdłuż strumienia. Ponieważ nie jest to leniwie płynący Nil, tylko prawdziwy alpejski potok z licznymi wodospadami, to asfalt pnie się bardzo mocno w górę. Sporym utrudnieniem okazują się muchy, które występują tu całymi chmarami i bardzo dokuczają siadając na ciele. Oprócz walki z podjazdem trzeba odganiać od owadów. To naprawdę bardzo uciążliwe, kiedy czujesz jak ich nóżki łaskoczą twarz ociekającą potem od wysiłku. Przez chwilę obawiamy się, że zmoczy nas deszcz, bo zaczyna kropić. Na szczęście kończy się na lekkim prysznicu. Chociaż z drugiej strony ulewa przepędziła by te straszne muchy! Bardzo przyjemnie robi się, gdy do przełęczy zostają dwa kilometry. Teren nieco się wypłaszacza, kończy się las i oczom ukazują się pierwsze szczyty Dolomitów. Wrażenie jest piorunujące. Po zdobyciu Würzjoch jemy makaron w schronisku, standardowo zakładamy wiatrówki i pędzimy w dół w stronę Brunico. Na jednej z krzyżówek mylę drogę i dopiero po paruset metrach orientuję się, że nie jadę właściwą trasą. Nie słyszę Marka, który wcześniej dochodzi do wniosku, że coś jest nie tak i krzyczy do mnie z tyłu. Dokładamy sobie w ten sposób trochę podjazdu, ale na szczęście to tylko mały kawałek. Z miejscowości Longega jest już tylko 5 km do kempingu w St. Vigil, ale mamy jeszcze w planie na dziś jedną przełęcz, więc skręcamy na północ, aby zrobić rundę wokół Kronplatz. Początkowo jedziemy dość ruchliwą drogą z kilkoma długimi tunelami, a następnie trafiamy na absolutnie fantastyczny asfalt o szerokości dwóch metrów. Droga marzeń dla każdego szosowca! Jedziemy nią spory kawałek przez lasy i pola. Momentami mamy wrażenie, że przejeżdżamy przez czyjeś prywatne podwórka. Od miejscowości Valdaora zaczyna się bardzo trudny podjazd na Furkelpass. Mimo, że na sporych odcinkach występuje tu 17-procentowe nachylenie, to jedzie mi się znacznie lepiej, niż pierwszego dnia na Kühtai. Po drodze robię jeden postój w miasteczku Casola, gdzie napełniam bidony i chwilę odpoczywam na ławce. Kilometr przed przełęczą znowu atakują muchy. Co to za plaga! Jest ich jeszcze więcej niż rano. Owady powodują, że wracają mi siły i mocniej naciskam na pedały, aby pęd powietrza nie pozwalał im na mnie siadać. Na Furkelpass spotykamy się z Panterą, który przyjechał od strony kempingu. Robimy chwilę przerwy, ale nie ma już co odpoczywać, bo do końca dnia już tylko w dół. Kemping w St. Vigil jest przepiękny. Dużo drzew, ładnie przygotowane miejsca pod namioty, dobra restauracja na terenie ośrodka i czyste toalety – jest wszystko, co potrzeba! Pomagam Markowi przełożyć kasetę do zapasowego kompletu kół, ponieważ na jednym ze zjazdów skrzywiła mu się obręcz. Wieczór spędzamy oglądając mecz Holandia – Urugwaj i zajadamy się pyszną włoską pizzą.

Profil wysokościowy z trzeciego dnia:

h3 id=”4″>Dzień 4 St. Vigil – Masarè

TRIP: 133,63 km • TIME: 7:36:37 • AVS: 17,55 km/h • MAX: 67,42 km/h • PRZEWYŻSZENIE: 3520 m
AVG CAD: 65 obr./min • AVG HR: 126 ud./min • MAX HR: 162 ud./min • KCAL: 4249
Przełęcze: Passo Gardena (2121), Passo Sella (2240), Passo Pordoi (2239), Passo Falzarego (2105), Passo Giau (2236)

Dziś czeka nas dzień samych „naj”. Mamy do pokonania najdłuższy dystans, największe przewyższenie oraz największą liczbę przełęczy do zdobycia. Ale za to w jakiej scenerii – Sella Ronda, w samym sercu Dolomitów. Rozpoczynamy od rozgrzewki. Do Corvary jedziemy po dość płaskim terenie. Przejeżdżamy przez Alta Badia – miejscowość znaną każdemu kibicowi narciarstwa alpejskiego. To tu rozgrywany jest jeden z najtrudniejszych gigantów w sezonie. Tę stromą i wąską trasę widać z szosy. Zaczynamy podjazd na pierwszą przełęcz – Passo Gardena (Grödnerjoch). Okoliczności przyrody powalają. Monumentalne, nagie skały, a wśród nich wijące się serpentyny. Marzenie każdego rowerzysty. Kolejno zjeżdżamy i wjeżdżamy po paręset metrów w pionie zdobywając Passo Sella (Sellajoch) i Passo Pordoi. Na trzeciej przełęczy robimy postój i zajadamy się pysznym włoskim makaronem. Carbonara w ogródku restauracyjnym z widokiem na Marmoladę smakuje wybornie. Po nabraniu sił ruszamy w długi zjazd do Arabby. Po drodze spotykamy bardzo dużo rowerzystów, którzy podobnie jak my, oddają się swojej pasji. Czwartą przełęcz – Passo Falzarego zdobywamy dość szybko – to chyba najłatwiejszy podjazd dnia. Po drodze na szczyt mijam leciwego dziadka na szosówce. Mimo podeszłego wieku świetnie daje sobie radę. We Włoszech sporo starszych osób uprawia kolarstwo i w ramach rozrywki zdobywa przełęcze. Szacunek. Na przełęczy robimy chwilę przerwy, a za moment jesteśmy już 600 metrów niżej, gotowi do wielkiego finału – Passo Giau. To zdecydowanie najtrudniejszy podjazd, a dodatkowo zmęczenie poprzednimi czterema przełęczami daje się we znaki. Osłody trudowi nadają fantastyczne widoki – dzikie alpejskie konie skubiące trawę i niesamowite formacje skalne w promieniach popołudniowego słońca. Jak mawiał Sylwester Szmyd, na przełęcz docieram „bez nóg”. Na szczęście regeneracja nie trwa długo i po dziesięciu minutach mkniemy w dół. Na zjeździe z Giau spotykamy Panterę, który nie zdążył pokonać całej drogi na szczyt i we trójkę pędzimy po „agrafkach” do Alleghe. To miejscowość wybierana często na zimowy wypoczynek przez miłośników narciarstwa. W opinii wielu stacja Civetta jest najwspanialszą w całych Dolomitach! Kemping znajduje się dwa kilometry dalej, w miasteczku Masarè. Jest bardzo fajny, ale wieczorem długo szukamy restauracji i o dziwo nie znajdujemy. Jemy w parszywej lokalnej knajpce, w której nie za bardzo możemy się dogadać. W końcu udaje się coś przegryźć i możemy spokojnie udać się na odpoczynek do namiotów. Za nami wspaniały dzień i rekordowy wynik, jeśli chodzi o pokonane przewyższenie.

Profil wysokościowy z czwartego dnia:

Dzień 5 Masarè – Kaltern

TRIP: 119,46 km • TIME: 6:56:47 • AVS: 17,19 km/h • MAX: 65,13 km/h • PRZEWYŻSZENIE: 2771 m
AVG CAD: 57 obr./min • AVG HR: 114 ud./min • MAX HR: 154 ud./min • KCAL: 3109
Przełęcze: Passo San Pellegrino (1918), Karerpass (1745), Nova Ponente (1355), Coyotenpass (382)

Często po ciężkim etapie na wielkich tourach kolarze mają dzień przerwy, albo chociaż odcinek po płaskim. Nas za to czekają dziś trzy duże przełęcze i jedna mała, nieznana – zwyczajowo nazywana przez rowerzystów „przełęczą kojota”. Rozpoczynamy od łagodnego zjazdu na rozgrzewkę. Wspinaczka rozpoczyna się od miejscowości Falcade. Podjazd na Passo San Pellegrino jest znacznie bardziej wymagający od wszystkich wczorajszych. W wielu miejscach musimy się zmierzyć z nachyleniem 15%, a zdarzają się kawałki po 18%. Momentami nie daję rady jechać na wprost i aby zmniejszyć nieco trudność zygzakuję od krawędzi do krawędzi drogi. Pociesza mnie to, że kolejne przełęcze wyglądają na mojej rozpisce znacznie łagodniej. Na San Pellegrino spotykam Marka, który czeka już jakiś czas i razem zjeżdżamy do Moeny. To miejscowość chętnie odwiedzana przez Polaków podczas zimowych ferii. Rozpoczynamy podjazd na Karerpass. Jest znacznie łatwiejszy od poprzedniego, ale nie mam dziś zbyt dużo mocy i pokonuję go powoli. Spaghetti na przełęczy zdecydowanie dodaje mi sił. W restauracji przy stacji Ski Carezza pracuje sympatyczna Słowaczka, z którą ucinamy sobie krótką pogawędkę. Długi zjazd doprowadza nas do rozwidlenia dróg i z ulgą przyjmujemy wiadomość, że nie musimy jechać w lewą stronę na Passo Lavazè, ponieważ podjazd wydaje się być bardzo wymagający. Odbijamy w prawo na Monte San Pietro. Trzecia wspinaczka tego dnia nie sprawia już żadnych problemów. Po ciężkiej pracy musi być nagroda – 20 kilometrów zjazdu do doliny, przez którą przebiega autostrada Bolzano – Trento. W miasteczku Ora schładzamy głowy w przydrożnym źródle i napełniamy bidony. Chcemy się przedostać na drugą stronę Adygi, ale most jest w remoncie i musimy poszukać innego, aby przeprawić się przez rzekę. Potem nie za bardzo możemy trafić na szosę prowadzącą na przełęcz kojota, ale w końcu udaje nam się dostać tam prywatną drogą wzdłuż autostrady. Podjazd jest super – wymagający (momentami 14%), ale krótki i w dodatku wśród przepięknych winnic. Atrakcją są też ruiny zamku, które można podziwiać podczas wspinaczki. Na szczycie robimy pamiątkowe zdjęcie w promieniach zmierzającego ku zachodowi słońca i kierujemy się w stronę Kalterer See. Namioty rozbijamy na kempingu nad samym jeziorem. Wieczór jest bardzo ciepły, więc zażywamy kąpieli, a później jemy pyszną kolację w restauracji niedaleko ośrodka. Po powrocie majstruję jeszcze przy rowerze, przypinam go u-lockiem do bagażnika samochodowego i… łamię klucz w zamku. Będzie nie lada problem, ale o tym już jutro.

Profil wysokościowy z piątego dnia:

Dzień 6 Kaltern – Trento

TRIP: 120,10 km • TIME: 7:01:23 • AVS: 17,10 km/h • MAX: 68,76 km/h • PRZEWYŻSZENIE: 2897 m
AVG CAD: 59 obr./min • AVG HR: 123 ud./min • MAX HR: 170 ud./min • KCAL: 3766
Przełęcze: Truden (1127), Passo del Manghen (2047)

Dzień rozpoczynamy od próby uwolnienia mojego roweru. Nie zajmowaliśmy się złodziejstwem w młodości, nie mamy ze sobą ciekłego azotu, nie umiemy też otwierać u-locka za pomocą skuwki od długopisu. Piła do metalu nawet nie zarysowuje porządnie farby na blokadzie. Stwierdzamy, że jedyną szansą będzie udanie się z zapięciem do warsztatu samochodowego i użycie cięższego sprzętu. Rozkręcamy więc cały bagażnik samochodowy i zdejmujemy rower z feralnym u-lockiem. Wsadzamy go do auta i jedziemy na poszukiwania. Ciekawe co by pomyśleli w Polsce, gdyby do warsztatu zgłosiło się dwóch gości z szosówką z zapiętym u-lockiem i poprosiło o piłowanie… W każdym razie tu nikt nie podejrzewa nas o kradzież. Bardzo miły mechanik odpala szlifierkę kątową i po około pół minuty pozbywamy się blokady. Pan nawet nie chce pieniędzy za usługę. Dziękujemy mu więc serdecznie i zadowoleni zaczynamy szykować się do wycieczki. Już podczas śniadania upał staje się ciężki do wytrzymania. Na rowery siadamy o 10:30 i rozpoczynamy jazdę. Kierujemy się na południe. Początkowe 20 kilometrów wiedzie po płaskim terenie wśród malowniczych winnic. Przejeżdżamy nad autostradą i rozpoczynamy wspinaczkę na pierwsze wzniesienie. Żar leje się z nieba, słońce nie ma litości. Termometr pokazuje +42°C. Zbawieniem są usytuowane przy drodze źródła z lodowatą wodą. Chociaż na chwilę dają ochłodę. Gubimy się trochę z Markiem w okolicach Truden, ale po kilku telefonach już jesteśmy razem i zjeżdżamy do Cavalese. Tam robimy przerwę w barze na tosty i po nabraniu sił ruszamy zdobywać Passo del Manghen. Pierwsza połowa podjazdu ma umiarkowane nachylenie i wiedzie przez gęsty las, dający dużo cienia. W pewnym momencie droga zwęża się i pnie w górę wzdłuż strumienia z wodospadami. Na wysokości 1750 m n.p.m. kończą się drzewa i moim oczom ukazuje się coś niewiarygodnego. Na zboczu góry wije się asfaltowa serpentyna, a tuż obok niej i na samej drodze dziesiątki, a może nawet setki krów. Takich prawdziwych alpejskich krów z wielkimi dzwonami u szyi. Zwierzęta pasą się tak blisko szosy, że można je poklepać nie schodząc z roweru. Niektóre przechadzają się po drodze, a jeszcze inne leżą, jakby opalały się w lipcowym słońcu. Zobaczcie sami – zapraszam do galerii zdjęć. Okoliczności są tak niezwykłe, że nie zwracam szczególnej uwagi na nachylenie, które robi się całkiem spore i szybko osiągam przełęcz. Tam czeka już Marek. Przy posiłku wymieniamy spostrzeżenia dotyczące tego co zobaczyliśmy i po chwili odpoczynku ruszamy w długi, 40-kilometrowy zjazd do głównej drogi na Trento. Na moment musimy z niej skorzystać, bo nie możemy znaleźć żadnej alternatywy. Przez kilkanaście kilometrów towarzyszy nam sympatyczna Austriaczka podróżująca samotnie szosówką przez Alpy. Przed Trento musimy jeszcze pokonać mały podjazd (250 m przewyższenia) i zjeżdżamy do miasta. Tam spotykamy się z Natalią i Panterą. Pakujemy się do busa i wracamy na nasz kemping. W nagrodę za świetny etap skaczemy na bombę do jeziora. Wieczorem spotykam się z moim kolegą Mauro, u którego byłem 12 lat temu na wymianie szkolnej. Długo nie mogę zasnąć. Wspominam Passo del Manghen. Absolutna rewelacja!

Profil wysokościowy z szóstego dnia:

Dzień 7 Trento – Torbole

TRIP: 91,56 km • TIME: 5:24:14 • AVS: 16,93 km/h • MAX: 76,24 km/h • PRZEWYŻSZENIE: 2095 m
AVG CAD: 58 obr./min • AVG HR: 112 ud./min • MAX HR: 151 ud./min • KCAL: 2359
Przełęcze: Monte Bondone (1654), Passo del Ballino (755)

Ostatni etap naszych zmagań to walka z podjazdem na Monte Bondone. Nachylenie nie jest imponujące, ale stopień trudności podnosi różnica wysokości do pokonania – aż 1400 metrów. Równomiernym, niezbyt intensywnym tempem pokonuję kolejne kilometry. Po drodze robię postój w bardzo ładnym parku, aby odpocząć chwilę w cieniu drzew. W miejscowości Vaneze znowu przystaję i myślami sięgam do zimy 2008 roku. Będąc na zawodach FIS Carving Cup mieszkałem tu w hotelu Augustus. Wreszcie, po niemal trzech godzinach wspinaczki, osiągam cel. Tradycyjnie Markowi zajmuje to trochę mniej czasu. Zjazd z Monte Bondone jest bardzo przyjemny i dość łatwy technicznie. Przeważają łagodne łuki, pozwalające wykręcić rekord prędkości tego wyjazdu. Rozważamy zrobienie dłuższej przerwy w miejscowości Lagolo, ale stwierdzamy, że na pewno się rozleniwimy i rezygnujemy z kąpieli w jeziorze. Docieramy do pięknego Calavino – to właśnie w tym miasteczku spędziłem tydzień na wymianie międzyszkolnej z Włochami. Stąd zaczyna się kolejny krótki podjazd. Podziwianie monumentalnego kanionu utrudnia spory ruch na szosie. Nad głowami zaczynają się gromadzić czarne chmury. Czyżby tuż przed metą miała nas dopaść ulewa? Przed Ponte Arche napotykamy na roboty drogowe i musimy szybko znaleźć objazd, ponieważ zaplanowana trasa wiedzie przez remontowany fragment szosy. W tym momencie dopada nas burza. Na szczęście nie trwa długo, ale jeden zjazd musimy pokonać po mokrym asfalcie. Nie jest to najprzyjemniejsze (kto jeździł na oponach typu slick, ten wie, jak wiele traci się na przyczepności). Ostatnim wyzwaniem jest przełęcz Passo del Ballino. Niby to tylko 760 m n.p.m., ale po utracie sił na podjeździe pod Monte Bondone każde wzniesienie przychodzi z trudem. Wreszcie się udaje. A stąd to już sam kolarski miód. Świetna droga z licznymi bardzo ostrymi zakrętami opada do samego Lago di Garda. Można się bez końca delektować wspaniałymi widokami na jezioro i jego górzyste wybrzeże. Poziom wody osiągam w Riva del Garda. Stąd już tylko 5 km do finiszu w Torbole. Nasz TransAlp kończymy w barze z licznymi kolarskimi pamiątkami. W nagrodę kupujemy po zimnym piwie i przybijamy sobie z Markiem piątkę. Siedem ciężkich, ale jakże cudownych dni na szosie. Pokonać 800 km w 7 dni przy ponad 20 km przewyższenia to już coś. Udało się. I to jak!

Profil wysokościowy z siódmego dnia:

MAPA I STATYSTYKA

DZIEŃ TRASA PAŃSTWA DYSTANS [km] AVS [km/h] CZAS [hh:mm] MAX [km/h] PODJAZDY [m]
1 Mittenwald – Sölden NiemcyAustria 127,6 20,0 06:22 74 2706
2 Sölden – Brixen AustriaWłochy 117,3 18,3 06:24 63 2712
3 Brixen – St. Vigil Włochy 88,5 15,0 05:52 68 2762
4 St. Vigil – Masarè Włochy 133,6 17,6 07:37 67 3520
5 Masarè – Kaltern Włochy 119,5 17,2 06:57 65 2771
6 Kaltern – Trento Włochy 120,1 17,1 07:01 69 2897
7 Trento – Torbole Włochy 91,6 16,9 05:24 76 2095
SUMA Mittenwald – Torbole NiemcyAustriaWłochy 798 (114/dzień) 17,5 45:37 76 19463