Od początku wiosny Marek namawiał mnie na rower w Alpach. Ponieważ najbardziej lubię jeździć z sakwami i namiotem, nie chciałem rezygnować z podróży na Alandy kosztem tygodnia jazdy „na pusto”. Na szczęście w pracy udało się załatwić trzy tygodnie wolnego na wakacyjne plany, więc z zadowoleniem przystałem na propozycję kolegi. Przed wyjazdem, w ramach przygotowań, pokonałem pierwszy raz w życiu 200 km jednego dnia, ale do końca nie byłem pewien czy ponad stukilometrowe odcinki w Alpach będę w stanie pokonywać bez większych problemów. Marek opracował plan poszczególnych etapów, pożyczył mi szosowy rower, ja wytyczyłem precyzyjne trasy przejazdu i pozostało oczekiwanie na sprzyjające warunki pogodowe. Czekaliśmy dość długo, bo aż do połowy lipca solidne ulewy nawiedzały Alpy. Wreszcie się udało i mogliśmy rozpocząć nasz pierwszy w życiu etapowy wyjazd na szosówkach. I wiecie co? Zakochałem się w kolejnej odmianie kolarstwa… W 2010 roku wybiorę się w Alpy już na swoim rowerze!

Wystartowaliśmy z Garmisch-Partenkirchen – prawdziwej alpejskiej perełki położonej u stóp masywu Zugspitze. Pierwszy etap do Sölden był dość łatwy – idealny na rozkręcenie. Ciekawie zaczęło się drugiego dnia, kiedy na “śniadanie” musieliśmy się wspiąć wymagającym podjazdem na przełęcz Timmelsjoch (2509 m n.p.m.). Zjazd serpentynami w strugach deszczu był niesamowitym przeżyciem. Nie zwalnialiśmy tempa i trzeciego dnia zdobyliśmy Maso Corto (2011 m n.p.m.) – na górze temperatura wynosiła zaledwie 4°C! Zamiast odpoczywać, czwartego dnia zrobiliśmy 150 km, pokonując trzy wymagające przełęcze. Na deser ostatniego dnia okrążyliśmy całe Lago di Garda.

Wyjazd był krótki, ale bardzo intensywny. Poznaliśmy Alpy z trochę innej strony – jadąc samochodem trudniej dostrzec piękno widoków, które naprawdę zachwycają. Popatrzcie zresztą sami na zdjęcia poniżej…


Początek długiego podjazdu na Timmelsjoch


Chwila oddechu przy busie technicznym


W krainie śniegu – ostatni zakręt przed przełęczą


Już we Włoszech – przed 40-kilometrowym zjazdem


Pokonywanie „agrafek” po mokrym asfalcie wymagało koncentracji


Wijące się w nieskończoność serpentyny (zjazd z Timmelsjoch)


Lama na pastwisku koło Lago di Vernago – 7 km przed Maso Corto


Dolna stacja kolejki w Maso Corto – gwiazda teleranka przeprowadza „test gumy”


Przerwa techniczna


Zjazd wśród sadów z jabłoniami


Nad Lago di Molveno


Wycieczka dookoła Lago di Garda


Josef spieszy się do Leroy Merlin, aby kupić zaprawę do budowania piwniczki


Chwila relaksu na plaży

RELACJA DZIEŃ PO DNIU

DZIEŃ 0 Garmisch-Partenkirchen: rozgrzewka

TRIP: 10,5 km • TIME: 00:24 • AVS: 26,3 km/h • MAX: 47,4 km/h
Po przyjeździe na kemping w Ga-Pa robimy krótki rekonesans po okolicy, aby sprawdzić sprzęt po podróży. Jedziemy 5 km w stronę granicy niemiecko-austriackiej i wracamy do bazy. Rowery są w 100% sprawne, dokonuję korekty w ustawieniu kierownicy i jesteśmy gotowi do ataku. Wieczorem jemy kolację we włoskiej knajpie i robimy spacer po Garmisch. Około północy idziemy spać.

DZIEŃ 1 Garmisch-Partenkirchen – Sölden: pierwsza przełęcz

TRIP: 102,0 km • TIME: 04:25 • AVS: 23,0 km/h • MAX: 58,5 km/h • ALT 1347 m
Budzimy się o 7 rano. Jemy śniadanie, wyciągamy rowery z busa i przed 9 opuszczamy piękny kemping w Ga-Pa. Podczas pierwszego etapu do granicy, cały czas podziwiamy powalający widok na masyw Zugspitze. Od razu po wjechaniu do Austrii czeka nas podjazd na pierwszą przełęcz – Fernpass (1210 m n.p.m.). Mamy pewne obawy, że szosowe kasety we współpracy z dwiema tarczami z przodu nie pozwolą nam na pokonanie stromizny, ale okazuje się, że osiągamy przełęcz bez większych problemów. W trakcie wspinaczki podziwiamy z góry piękne jezioro Blindsee, które urzeka turkusową barwą i bardzo przejrzystą wodą. Przy punkcie widokowym spotykamy się z Martą i Panterą, czyli dzielną załogą busa. Kolejny postój robimy w Oetz, gdzie jemy sałatkę i zupę w restauracji. Przed nami ostatnie 30 km tego dnia. Z 750 m n.p.m. musimy się wspiąć na 1360 m n.p.m. Większą część tego przewyższenia pokonujemy przez pierwsze 10 km. Odwiedzamy miejscowość Huben, gdzie mieszkaliśmy w 2008 roku podczas testu nart organizowanego przez Magazyn NTN. Po kolejnych 10 km osiągamy cel dzisiejszego dnia – Sölden. Zatrzymujemy się na bardzo ładnym kempingu blisko centrum i wypoczywamy. Ponieważ szosówka, na której jadę ma z przodu na mniejszej tarczy aż 39 zębów, przekładam kasetę 11-30 z mojego roweru wyprawowego i dzięki temu następnego dnia będę dysponować przełożeniem o współczynniku 1,3 (stosunek liczby obrotów pedałami do obrotów kół – w tym przypadku jeden pełny obrót pedałów posunie mnie do przodu na odległość równą 1,3 × obwód koła). Całe szczęście, że akurat mam pod ręką kasetę 8-rzędową z 30 zębami. Na kombinacji 39-25 byłoby bardzo ciężko jechać dalej (współczynnik 1,56). Wymieniam też siodełko, które jest wyjątkowo niewygodne. Nie mogę doczekać się kolejnego dnia szosowej przygody w Alpach!

Profil wysokościowy z pierwszego dnia:

DZIEŃ 2 Sölden – Merano: deszczowy Timmelsjoch

TRIP: 75,2 km • TIME: 04:00 • AVS: 18,7 km/h • MAX: 60,4 km/h • ALT 1377 m
Poranek w Sölden jest bardzo zimny i pochmurny. Ponieważ w nocy padał deszcz, jesteśmy zmuszeni spakować mokre namioty. Obserwujemy bardzo dziwne zjawisko – co jakiś czas czujemy na skórze podmuch gorącego powietrza. Tak jak wczoraj, udaje nam się wyruszyć przed 9. Na „dzień dobry” czeka nas 22-kilometrowy podjazd na przełęcz Timmelsjoch. Z poziomu 1360 m n.p.m. musimy wjechać aż na 2509 m n.p.m. Ten etap idzie nam całkiem sprawnie, bez zawrotnego tempa pokonujemy kolejne kilometry. Od czasu do czasu Marta z Panterą zatrzymują się i uwieczniają nasz trud na fotografiach. Osiągamy 2100 m n.p.m. i w tym momencie zaczyna padać deszcz. A właściwie jest to oberwanie chmury. Po kilku minutach, aby było ciekawiej, bombarduje nas grad. Całe szczęście, że mamy przy sobie cienkie kurtki Zero RH+ – szybko je zakładamy i kontynuujemy wspinaczkę. Podczas powolnej jazdy jest dużo czasu na podziwianie okolicy. Na krowach pasących się między plackami śniegu gradobicie nie robi specjalnie wrażenia i spokojnie przeżuwają alpejską trawę. Trochę przemoczeni, ale bardzo zadowoleni docieramy wreszcie na przełęcz. To najwyższy punkt na całej trasie naszej wyprawy. Ogrzewamy się przy herbacie w schronisku. Termometr za oknem wskazuje zaledwie 8°C. Ponieważ nie czuję się jeszcze pewnie na szosówce ze slickami, przed zjazdem po mokrej nawierzchni wymieniam rower na crossowego Maxima. Zaraz za przełęczą przekraczamy granicę z Włochami. Deszcz nie daje za wygraną, więc z dużą ostrożnością używamy klamek hamulcowych przed licznymi zakrętami o 180°. Krajobraz jest naprawdę oszałamiający, nawet mimo deszczu. Widać kilka kilometrów drogi misternie wijącej się na zboczu góry. Coś pięknego. Leje jak z cebra. Kiedy docieramy do Moso in Passiria mam wrażenie, że jedziemy po kilkumilimetrowej warstwie wody. Zatrzymujemy się na chwilę, aby pod dachem przeczekać nawałnicę. Po około 20 minutach na niebie pojawia się słońce zwiastujące rychły koniec deszczu. Z każdą minutą droga robi się coraz bardziej sucha, a nam robi się cieplej. 10 km przed Merano spotykamy się z Martą i Panterą przy kempingu. Stwierdzamy jednak, że lepiej będzie się zatrzymać w Merano i za niecałe pół godziny jesteśmy gotowi do rozbicia namiotów. Kemping w mieście, otoczonym przez góry, jest bardzo ładny, cichy i położony blisko centrum. Do dyspozycji gości jest basen, z którego korzystamy. Nad nami przez cały wieczór krążą burzowe chmury, od czasu do czasu kropi. Nie mamy więc możliwości, aby nacieszyć słońcem.

Profil wysokościowy z drugiego dnia:

DZIEŃ 3 Merano – Maso Corto – Merano: zima w środku lata

TRIP: 82,5 km • TIME: 04:40 • AVS: 17,6 km/h • MAX: 68,6 km/h • ALT 1750 m
Nie pamiętam, abym przeżył kiedyś taką nawałnicę śpiąc w namiocie. Między godziną 5 a 6 rano grzmoty są tak głośne, jakby startował samolot. Deszcz leje się z nieba, a wichura dogina stelaże namiotów do samej ziemi. Całe szczęście, że nasze konstrukcje są przygotowane na takie warunki, bo kilka namiotów rozbitych obok nas nie wytrzymuje do rana. Niestety deszcz tylko trochę się uspokaja i do 12 przelotnie pada. W związku z niesprzyjającą aurą, zwiedzamy Merano. Robimy długi spacer wzdłuż rzeki Passirio do ogrodu botanicznego. Warto odwiedzić to miejsce, obejrzeć kaktusy, bambusy i na chwilę przysiąść na ławeczce. Nic nie zapowiada, że jeszcze dziś pojedziemy gdzieś na rowerach. Jednak o 15 deszcz daje za wygraną i słońce zaczyna przebijać się przez ołowiane chmury. Postanawiamy, że mimo późnej pory zaatakujemy podjazd pod Maso Corto. Czeka na nas nie lada wyzwanie. Z Merano do Maso Corto jest 41 km. Pierwsze dwadzieścia dosyć łagodne, a druga połowa to już nie przelewki. Różnica poziomów – 1700 m. Początkowe kilometry połykamy bez większego problemu. Schody zaczynają się po odbiciu z głównej drogi. 21 km ostrego podjazdu daje nam w kość. Nagrodą są zapierające dech w piersiach widoki – szmaragdowe Lagi di Vernago, lamy pasące się na soczysto-zielonej trawie i białe szczyty gór. Termometr umieszczony przy dolnej stacji kolei linowej na lodowiec Hochjoch wskazuje zaledwie 4°C! Wszędzie dookoła leży śnieg – i to w środku lata. Do celu docieram 15 minut za Markiem, który siedzi już w knajpie i suszy przepocone ubrania. Przed długim zjazdem przebieramy się w suche rzeczy i zakładamy kurtki chroniące przed zimnym powietrzem. O 20 ruszamy w drogę powrotną do Merano. Na szczęście znaczna część szosy jest już sucha, więc można spokojnie osiągać prędkości rzędu 70 km/h i szybko pokonywać dystans. Jest bardzo zimno. Na szczęście niżej robi się cieplej i spokojnie, cały czas z górki jedziemy do kempingu. Przy namiotach meldujemy się o 21:20. Wreszcie na niebie pokazują się gwiazdy, co daje nadzieję na poprawę pogody przed kolejnymi etapami. Po kąpieli idziemy na pizzę i zmęczeni kładziemy się spać. Bardzo się cieszę, ze zrealizowanego planu, bo wycieczka do Maso Corto była wyjątkowo atrakcyjna.

Profil wysokościowy z trzeciego dnia:

DZIEŃ 4 Merano – Torbole: trzy przełęcze

TRIP: 150,0 km • TIME: 07:48 • AVS: 19,2 km/h • MAX: 62,2 km/h • ALT 2541 m
Ze względu na ciężki poprzedni dzień, na rowery siadamy dopiero o 10:40. Zaczynamy z „grubej rury” – od podjazdu na Passo Palade (1512 m n.p.m.). Jest niedziela, więc po drodze spotykamy mnóstwo amatorów kolarstwa szosowego, aktywnie spędzających przedpołudnie. Dziś wreszcie jest ciepło i słonecznie. Widoki bajeczne. Po osiągnięciu przełęczy robimy pamiątkowe zdjęcie, zakładamy kurtki chroniące przed wiatrem i rozpoczynamy długi zjazd w kierunku Mezzolombardo. Musimy stracić aż 1232 m wysokości! Po drodze robimy postój na lunch w przepięknie położonej restauracji przy szosie i odpoczywamy na leżakach. Przez ponad 50 km (z przerwami na krótkie podjazdy) poruszamy się z góry. Jedzie się lekko i przyjemnie. Po drodze mijamy małe uliczki w leniwych alpejskich miasteczkach, gdzie latem czas zwalnia, a ludzie potrafią odpoczywać i cieszyć się życiem. Zimą nigdy nie docieramy do takich miejscowości – udajemy się tylko do kurortu narciarskiego, gdzie spędzamy cały wyjazd. Między zabudowaniami droga wije się na zboczu góry, wśród sadów z jabłoniami – doznania wizualne nie z tej ziemi! Wreszcie osiągamy koniec zjazdu i trzeba zmierzyć się z kolejną wspinaczką – 13 km podjazdu do Andalo. Na szczycie spotykamy się z załogą busa, jemy batony i ruszamy w stronę Lago di Garda. Do pokonania mamy jeszcze 57 km, a w nogach już prawie „stówa”. Na pierwszym odcinku zjazdu podziwiamy fantastyczne Lago di Molveno otoczone ośnieżonymi szczytami. Nie wiem dlaczego, ale wydaje nam się, że do końca dnia będzie już z tylko z górki. Po drodze czeka jednak na nas niespodzianka – trzeci ciężki podjazd dzisiejszego dnia – Passo Ballino (763 m n.p.m.). Za to w nagrodę dostajemy zjazd serpentynami z widokiem na Gardę. Po dotarciu do Riva del Garda, zostaje już tylko 5 km do naszego kempingu w Torbole. Sam kemping „Europa” nieco mnie zawodzi – masówka, drogo, namiot na namiocie – czuję się jak na Helu w szczycie sezonu.

Profil wysokościowy z czwartego dnia:

DZIEŃ 5 Torbole – Torbole: Giro di Garda

TRIP: 142,0 km • TIME: 05:38 • AVS: 25,2 km/h • MAX: 55,4 km/h • ALT 721 m
Na ostatni dzień naszej ekspedycji mamy zaplanowane okrążenie całego jeziora. Ruszamy w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara na południe. Żar leje się z nieba, więc na plażach tłumy ludzi korzystają ze słońca. Jedni wolą gnić na plaży, inni kręcić kilometry. Po lewej stronie drogi mijamy kolej linową na Monte Baldo, gdzie znajduje się wiele tras MTB. Krajobraz, jaki dziś podziwiamy jest fantastyczny! Turkusowa woda przy brzegu przechodzi w głęboki granat kilkadziesiąt metrów od plaż i skał. Ciekawostka – Garda ma aż 346 m głębokości i jest najczystszym jeziorem we Włoszech. Dość szybko kończą nam się zapasy w bidonach. Niestety po drodze nie napotykamy żadnego źródła i uzupełniamy płyny dopiero w sklepie w Peschiera del Garda na południowym brzegu akwenu. Po przerwie pokonujemy najmniej atrakcyjny fragment dość ruchliwą drogą. Powoli nabieramy wysokości, by zjechać serią „agrafek” do pięknej miejscowości Salo położonej nad samym jeziorem, gdzie na drugie śniadanie jemy grillowane kanapki. Ostatnia część drogi wiedzie przez długie tunele wykute w skałach na zboczu opadającym do Gardy. Pętla wokół największego jeziora Włoch jest wymarzonym zakończeniem udanej kilkudniowej wyprawy.

Profil wysokościowy z piątego dnia:

MAPA I STATYSTYKA

DZIEŃ TRASA PAŃSTWA DYSTANS [km] AVS [km/h] CZAS [hh:mm] MAX [km/h] PODJAZDY [m]
1 Garmisch-Partenkirchen – Sölden NiemcyAustria 102 23,0 04:25 59 1347
2 Sölden – Merano AustriaWłochy 75 18,7 04:00 60 1377
3 Merano – Maso Corto – Merano Włochy 83 17,6 04:40 69 1750
4 Merano – Torbole Włochy 150 19,2 07:48 62 2541
5 Torbole – Torbole Włochy 142 25,2 05:38 55 721
SUMA Garmisch Partenkirchen – Torbole NiemcyAustriaWłochy 552 (110/dzień) 20,8 26:31 69 7736