Zainspirowany pewnym artykułem w gazetce DSV (Deutscher Skiverband), jednocześnie poszukując nowych wyzwań, odkryłem w mojej głowie wczesną wiosną 2009 roku myśl o odwiedzeniu Alp na rowerze. Zamarzył mi się rajd po miejscach, które odwiedzamy głównie zimą. Do tego chciałem aby wyzwanie miało jeszcze sportowy charakter. Koncepcja klarowała się przez parę tygodni i w efekcie powstał pomysł przejechania Alp z północy na południe na rowerach szosowych. Z mojego ukochanego GAP nad ukochaną Gardę. Po drodze miały zostać pokonane przełęcze, podjazdy i niekończące się zjazdy, odwiedzone miejsca, w których lubię bywać zimą.

TOWARZYSTWO

Samemu w taką drogę nudno, niesprawdzone towarzystwo to też ryzykowny krok. Nie jest łatwo znaleźć kogoś kto będzie gotów siedzieć przez wiele godzin na siodełku roweru nie zważając na trudy drogi, pogodę, a do tego przez wiele dni z rzędu. Padło na sprawdzonych w zimie, zaprawionych w różnych warunkach i przetestowanych kumpli z NTN. Chomik i Tomek przyjęli pomysł z entuzjazmem. Po czasie dołączyła do nas gwiazda „Teleranka” – Marta. Zaczęliśmy wspólne, choć korespondencyjne treningi. Tomek straszył Chomika moimi codziennymi jazdami tak skutecznie, że ten rzucił się na ponad 200-kilometrowe przejazdy. Wszystko niestety po płaskim. Czy damy radę przełęczom dochodzącym do wysokości 2500 m n.p.m. pozostawało niewiadomą. Telefony, e-maile, rozmowy Warszawa-Wrocław przez kilka tygodni. W końcu powstał plan. Ale przede wszystkim powstał TEAM.

W DROGĘ

Czerwiec czy lipiec? Warto pojechać kiedy będzie ciepło, a dzień długi. Padło więc na przełom czerwca i lipca. Gotowość bojową i szczyt kondycji osiągnęliśmy 25 czerwca. Już niemalże pakowaliśmy rzeczy, kiedy okazało się, że ulewy w Alpach nie odpuszczają.

W Polsce zresztą też nie. Osiem dni bez pedałowania i przesunięcie w czasie na bliżej nieokreśloną przyszłość. Do tego mój crash na rowerze, ocierki, które nie chciały się goić, i pęknięty łuk brwiowy. Pojawiła się panika. I co? Miało być tak pięknie i bohatersko, a wyszło jak zwykle? Tyle treningu, czasu na rowerze, opowieści i planów… i nic? Nigdy w życiu, pomyślałem. Musimy. Ten plan miał wiele aspektów, w tym pokonanie własnych słabości, lenistwa.

„Ten wyjazd był początkiem mojej miłości do szosy. Trudno, żebym się nie zakochał – na pierwszą randkę, zamiast na podwarszawską rundę, wybrałem się w Alpy.” – Michał Szypliński

JAZDA

Czekaliśmy na minimalną poprawę pogody z perspektywą paru dni bez ulewy i kiedy tylko się pojawiła wystarczył jeden telefon. Niedziela – decyzja, wtorek – wyjazd. Marta, Tomek, Chomik gotowi, ja też. Pakowanie auta, skrzynki z narzędziami, zapasowe dętki, koła, a nawet górskie rowery, gdyby podjazdy okazały się dla nas za mocne. W środę po południu byliśmy na kempingu w Garmisch-Partenkirchen. Uroczo położony nad strumieniem, wśród sosen, z widokiem na trasę zjazdu nadchodzących mistrzostw świata i na Zugspitze. Po krótkim wahaniu biegnę do „turystycznego” aby kupić matę i śpiwór. Będę spał z Chomikiem w namiocie. Pal sześć plecy, jakoś dam radę (dzięki Tomek). Rozbijamy namioty, wsiadamy z Chomikiem na testową przejażdżkę po szosie. Wszystko gra. Rowery działają, ja i Chomik też. Prędkość na treningu osiąga nierzadko ponad 50 kilometrów na godzinę. Nie jest źle. Jeszcze tylko kolacja w Renzo i wcześnie do łóżka. Z emocji nie potrafię zasnąć, a kiedy już mi się uda, śni mi się jazda na rowerze. Nad ranem robi się coś niewygodnie. Co za lipa z tą matą! Nieszczelna, trzeba będzie reklamować i marudzę o tym Michałowi. „A zakręciłeś zawór? No jasne, że nie. A ktoś mi powiedział???” Potem już wszystko działa. Pierwsza pobudka. Wilgotny, mglisty ranek, słońca nie widać, w nocy lało, ale już nie ma wyjścia. Wstajemy. Podczas śniadania pojawia się słońce, wszystko robi się jakieś jasne i ładne. Pamiątka-fota przed startem. Ustalenia z Martą i Tomkiem, którędy będzie wiodła trasa, i w drogę. Pierwsze 30 kilometrów to rozgrzewka, jedynie 300 metrów różnicy poziomów. Ale znam tę drogę, wiem że za Biberwier w okolicach hotelu Cube jest pierwszy poważny podjazd, a za nim Fernpass (1222 m n.p.m.). Podjazd bierzemy luźno, bułka z masłem – nie jest źle – myślę. Ale Fernpass – tam będzie poważnie. A do tego ruch samochodowy. Ku naszemu zaskoczeniu Fernpass pokonujemy na luzie, delektując się przepięknymi widokami po drodze. Obawy związane z autami okazują się niepotrzebne. Kultura na drodze jest wybitnie przyjazna rowerzystom. Szczególnie zaskakują mnie tiry, które omijają nas zawsze z wielkim zapasem, nie wyprzedzają na siłę, nawet kiedy jedziemy powoli. Na szczycie Fernpassu gratulujemy sobie pierwszej w życiu zdobytej przełęczy i do tego na takim luzie. Jestem ośmielony, wierzę, że dalej będzie dobrze. Zjazd to sama przyjemność. Luzik i piękne widoki. Zjeżdżamy w bok od głównej trasy delektując się spokojem i czystością alpejskich wiosek. Jeszcze parę godzin i dojeżdżamy do Sölden. Kemping marzenie – czysty, schludny, pięknie położony nad górskim potokiem. Spotykamy Polaków z jakiegoś rajdu rowerowego. Wieczór już chłodny – jak to w górach. Chomik zaprasza nas do kina. Idzie w ruch jego komputer i na dobranockę oglądamy „Tożsamość Bourne’a”. Ale spać, spać bo jutro czeka nas Timmelsjoch i wspinaczka na 2509 m n.p.m. Sam nie wiem czy damy radę, a do tego mamy prognozę na załamanie pogody.

I rzeczywiście w nocy budzą nas burze i ulewy. Ranek pochmurny i chłodny. Na śniadanie zjadam bułkę z serem, popijam mlekiem, Marta robi kawę. Ubieram się dodatkowo w windstopper i ruszamy zdobywać Timmelsjoch. Już w samym Sölden zaczyna się ostro pod górę. Nie ma nawet chwili na rozgrzewkę, ale ten pierwszy podjazd rozgrzewa tak, że po 15 minutach windstopper ląduje w kieszeni. Jest ostro – widzę to po minie Chomika i przecież sam też czuję. A to dopiero przygrywka. 40 minut podjazdu i zjazd do Obergurgl. Już wiemy co będzie za tym relaksowym zjazdem. W końcu bilans musi wyjść… I wychodzi. Zaczynamy się wspinać. Prędkość podjazdu spada czasami do wartości jednocyfrowych. Jest niełatwo, ale jednak idzie. I to napędza nas do wysiłku. Po drodze, co jakiś czas mija nas bus techniczny. Marta i Tomek czyhają z aparatami dokumentując przejazd, troszczą się o nas, dodają otuchy, uzupełniają wodę. Zatrzymujemy się na chwilę aby skomentować dotychczasowy podjazd, wymieniamy wrażenia i jedziemy dalej. Oby szybciej na przełęcz – pogoda zaczyna robić się niepewna. Tuż przed przełęczą zaskakuje nas wielokilometrowy podjazd niemalże bez zakrętów – wydaje, że nie skończy się nigdy. Do tego zaczyna padać grad i deszcz. W ruch idą ciuchy przeciwdeszczowe. Zziębnięci i zmęczeni docieramy do schroniska na szczycie. Szczęśliwi, bo pokonaliśmy podjazd którego obawialiśmy się najbardziej. Przed nami zjazd do Merano. 40 kilometrów w dół. Serpentyny wiją się bez końca. Widoki są niepowtarzalne, surowość gór i ich piękno robią na nas ogromne wrażenie. Po kilkunastu kilometrach zjazdu dogania nas pogoda, przed którą uciekliśmy ze szczytu. Prognoza się sprawdza. Ulewny deszcz i burza. Pełen program…
Na Timmelsjoch panowały iście zimowe warunki
W strugach deszczu suniemy po asfalcie w stronę Merano. Jeszcze tylko kilkanaście kilometrów do celu. Tuż przed metą czeka na nas wóz techniczny. Zdejmujemy mokre i zabłocone ciuchy, przecieramy okulary z brudu i czyści wjeżdżamy w świat palm i okazałych budynków Merano. Inny świat. Temperatura 30 stopni, jasno, słonecznie, żyć się chce. Teraz szybko na kemping. Jest w środku miasta. Rozbijamy namioty i już chcemy iść na kempingowy basen, kiedy zaczyna padać. Przez chwilę wygląda to na przelotny deszcz, ale przez chwilę tylko… Niebo zaciąga się, zaczyna błyskać i grzmieć. To jest goniący nas od Sölden front zimnego powietrza. Na kolację jedziemy w strugach deszczu. Na grzbiecie kurtki, polary, czapki. O co chodzi? Przecież jesteśmy we Włoszech. W nocy wiatr usiłuje wdeptać nasze namioty w ziemię. Ocaleliśmy, ale nad ranem okazuje się że parę sąsiadujących z nami namiotów poległo.

Temperatura na zewnątrz 13 stopni, granica śniegu 1500 m n.p.m., permanentna ulewa. Brak perspektyw. Trudno, etap Merano – Maso Corto – Merano musimy odpuścić. Z trudem podejmujemy tę decyzję. Wybieramy się na wycieczkę do aquaparku, ale kolejka do kas skutecznie nas przegania. Więc spacer nad rzeką, spacer po mieście… Tylko co dalej? Przecież jest dopiero 14:00. Snujemy się zrezygnowani po uliczkach. Deszcz powoli ustaje i wtedy pojawia się w mojej głowie myśl… Konsultuję ją z Chomikiem. Musimy. Damy radę. Jedziemy. O 15:00 jesteśmy na rowerach. Kierunek Maso Corto. 43 kilometry. Tylko pod górę. Różnica poziomów prawie 1800 m. Za pierwszym tunelem zaczyna padać. Cała okolica nasączona jest wilgocią. Góry spowite w chmurach, a jeśli już uda im się gdzieś przedrzeć przez tę szczelną zasłonę oczom naszym ukazuje się śnieg. W ruch idą ciepłe kurtki przeciwdeszczowe. Obawiając się kolejnego radykalnego załamania pogody wzywamy bus techniczny. Marta i Tomek są zawsze na posterunku. Niezawodni. Powoli, mozolnie pokonujemy znane nam zakręty i podjazdy. Jednak to, co zimą wydaje się niełatwe, teraz okazuje się super trudne. Podjazd za mostkiem aż do Karthaus jest bardzo stromy i ciągnie się w nieskończoność. Nareszcie osiągamy Madonna di Senales. Stąd już „tylko” 8 kilometrów podjazdu. Tama, jezioro i już jesteśmy. Ale to nie tak łatwo. Droga się dłuży, a odpoczynek niemalże niemożliwy – każdy postój w tej temperaturze (4 stopnie) to natychmiastowe wychłodzenie organizmu. Jemy batony i pijemy wodę jadąc… I wreszcie pojawiają się w zasięgu wzroku hotele w Maso. Zimowa niemalże temperatura i leżący na łąkach śnieg nie dają poczucia, że przyjechaliśmy tu w lecie. Za to jest przytulnie i cicho. A na górze już czeka Marta i Tomek. Co za ulga, że przyjechali. Możliwość zmiany mokrych od potu i deszczu ubrań na suche jest nieoceniona. Herbata, małe kluchy na spółkę z Chomikiem i jesteśmy gotowi do zjazdu. Pogoda jakby się poprawia. Daleko, w stronę Vinschgau widać już niebieskie niebo i przebłyski słońca. Jazda. Miga asfalt, łąki zlewają się w jeden pas jasnej zieleni, drzewa migają w oszałamiającym tempie. Fascynująca jest prędkość na rowerze i towarzysząca jej cisza. Po 1 h 15 minutach jesteśmy z powrotem na kempingu. Teraz szybka pizza i znowu Chomik zabiera nas do kina.

Kolejny dzień zaskakuje nas słońcem i przykrytymi śniegiem górami. Oszałamiający widok. Dzisiaj mamy w planie etap Merano – Andalo. Ale ośmieleni wczorajszym przejazdem i naszą formą decydujemy się połączyć dwa etapy w jeden. Jedziemy więc z Merano przez Anadalo nad Gardę. Ruszamy około 11:00. Spoko, czeka nas jedynie 150 kilometrów po górach. Pierwszy kilkunastokilometrowy podjazd na Passo Palade to krajobrazowa uczta. Ośnieżone Alpy północne, w dolinie palmy i sady, w tle Dolomity przykryte śniegiem. A pod nami wijąca się w stronę Bolzano dolina. Na każdym prawie zakręcie chciało by się stanąć i podziwiać widoki. Okazuje się, że z początku lekceważona wysokość Passo Palade (1500 m n.p.m.) daje nam się solidnie we znaki. Nie szkodzi. Wszystko wynagradzają roztaczające się z góry widoki. Chwila postoju, pamiątkowe zdjęcie i znowu zakładamy przeciwwiatrowe kurtki – mimo słońca zjazdy wychładzają. Na horyzoncie dostrzegamy majaczące maszty anten w Paganelli/Andalo. Droga zjazdu wije się serpentynami wśród lasów i sadów. Mijamy ciche i spokojne niedzielnym popołudniem włoskie miasteczka. I może jedynie gdzieś w głębi, z tyłu głowy, kłębi się myśl z obawą o podjazd do Andalo. Kolejny dzisiaj, a przecież w nogach mamy już parę dni jazdy. Zjeżdżamy na 200 m n.p.m. aby wjechać na 1000 m n.p.m. 8-kilometrowym podjazdem. Tu już nie jest tak łatwo. Do tego dochodzi wiatr czołowy. Widoki przestają nas obchodzić. Zresztą ciężko się jest skupić na ich podziwianiu, kiedy co chwila musimy ścierać cieknący po czole pot. Krótko przed Andalo Chomik włącza swoje diabelskie radyjko i w rytmie Iron Maiden wyprzedza mnie jak pociąg pospieszny. Ambicja zaczyna mnie zżerać, staję na pedały i do Andalo wjeżdżamy razem. No to już tylko 50 kilometrów i meta. Tak sobie wyliczyłem. Ale nie, nic z tego. Cóż z rachunkami u mnie nie za tęgo. Pedałujemy bez końca, a Garda jakby coraz dalej. Po drodze mijamy przepiękne Lago di Molveno, nad którym górują postrzępione trzytysięczniki. Jedziemy dalej ciągle w dół. „Teraz już będzie tylko w dół”, mówimy do siebie z Michałem. Ale to w „dół” okazuje się nagle pod górę. Tego nie było w planie!!!
Walka na podjeździe na Timmelsjoch

KOLEJNA PRZEŁĘCZ

I znowu widoki i krajobrazy nie robią na nas wrażenia. Mijamy Lago di Tenno, wielokilometrowy zjazd i jest Riva del Garda. Jeszcze tylko 5 kilometrów, myślę, i spoko na kemping, a tam już pewnie gotowy namiocik, kwiaty, orkiestra, wywiady… czyli jak zwykle… Kemping Europa, Torbole. A na wjeździe zasmuceni „techniczni”, bo pan recepcjonista, doświadczony przez surferów, nie wpuścił ich czekając na nasze dokumenty.

I zamiast kwiatów, wywiadów i medali zabieramy się za rozbijanie obozowiska. Szybciutko, bo ciemno i głodno. Jeść i spać, bo zmęczenie jest znaczne. Jutro sobie odpoczniemy. Taaa… Odpoczniemy!

Budzi się jutro, a z nim ambicja. Świadomość tego, że Papa w Wawie walczy sam z rzeczywistością pcha nas na rower. 141 km – Giro di Garda. Tu też jestem jak w domu. Tu przed laty zostawiłem kawał swojego życia i emocji. Jedziemy z Chomikiem i opowiadam mu: „tu spałem pod żaglem, tu nie pod żaglem, tu i tu miałem swoją piwniczkę”. Mijamy po drodze stare miasteczka, zamki, wyciąg na Monte Baldo, Malcesine, Lazise. Wrażenia i piękno Gardy, takie jak zawsze. Zawsze będę tu wracać i zawsze tak samo przeżywać. Chomik oczarowany, a przynajmniej takie robi wrażenie. Zatrzymujemy się co jakiś czas, zajadamy batony, banany, popijamy colą. Ta jazda to relaks. Ale powoli zaczyna wkradać się spinka – przecież techniczni czekają pewnie na kempingu, a obiecaliśmy Martusi, że pokażemy jej Malcesine. Zwiedzamy więc gruntownie każdy zaułek, port, zamek. Kończymy nasz pobyt kolacją w przeuroczej restauracji nad jeziorem.

Jeszcze tylko pakowanie, włożenie rowerów do busa i jesteśmy gotowi do powrotu. Wszyscy mają super nastroje. Ukończyliśmy „tour” zgodnie z planem – cali, zdrowi, bez żadnej awarii. I co ważne, za WŁASNE ZAROBIONE PIENIĄDZE. I nawet jeśli czasami bolał tyłek to tylko od siodełka…

Dzięki Marta, Tomek i Chomik. Za rok ułożę nową trasę. Szykujcie się.

PS Dlaczego taki tytuł? Bo bilans wjazdów i zjazdów zawsze się zeruje. Nawet na rowerze…

Artykuł pochodzi z Magazynu NTN Snow & More nr 12 rok 2009.