Wrześniowe wyjazdy szosowe staną się chyba naszym corocznym rytuałem. W zeszłym sezonie razem z Belem i Drzymerem zwiedzaliśmy Wielkopolskę, a teraz postanowiliśmy kontynuować zdobywanie górskich przełęczy. Na rozkładzie mamy już Góry ŚwiętokrzyskieTatry, więc naturalnym wyborem były Beskidy. Zadanie z wyznaczaniem tras miałem ułatwione, bowiem w tym rejonie odbywa się wiele wyścigów szosowych, a organizatorzy udostępniają mapy na stronach internetowych.

Sporym zaskoczeniem była dla mnie sytuacja z dostępnością noclegów. W pierwszy weekend września cała Węgierska Górka była zajęta! Po wykonaniu sześciu telefonów do różnych pensjonatów, udało mi się zamówić domek „Piotruś”. Właściciel zapewniał, że standard w obiekcie jest klasy premium. Pogoda też zapowiadała się ponadprzeciętna, więc z tym większymi apetytami ruszyliśmy w piątek po pracy w Beskidy. Do składu wyjazdowego dołączył Maciek Piotrowski, dzięki czemu nasz mini-peleton trochę się powiększył. Na miejsce dotarliśmy dopiero o północy, a to z powodu przepalonej żarówki w Traficu – wymiana zajęła nam zaledwie… 45 minut.

Wymiana żarówki w Traficu
Zapieczona kostka nie chciała wyjść. Męczyliśmy się z nią trzy kwadranse.

Dzień 1 – Pętla Beskidzka

TRIP: 96,01 km • TIME: 4:15:51 • AVS: 22,5 km/h • MAX: 65,8 km/h • PRZEWYŻSZENIE: 1764 m
AVG CAD: 75 obr./min • AVG HR: 142 ud./min • MAX HR: 184 ud./min • KCAL: 2931

Profil pierwszego dnia

Poranek był słoneczny, ale już nie tak ciepły, jak w wakacje. Niespiesznie zbieraliśmy się do opuszczenia łóżek. Spora kuchnia w „Piotrusiu” zachęcała do kulinarnych harców, więc ruszyliśmy na zakupy śniadaniowe. Nie ustaliliśmy wspólnego menu, więc każdy przyszykował coś na własną rękę. Coś co miało dać odpowiedni zapas energii na cały dzień.

Kuchenne rewolucje
Kuchenne rewolucje w domku „Piotruś”

Jazdę rozpoczęliśmy od cudownego Traktu Cesarskiego z wąskimi uliczkami i mostami nad Sołą. Potem wspinaliśmy się wzdłuż drogi 943 w kierunku Koniakowa. Jednak nie dotarliśmy do koronkowego zagłębia, jak nakazywałoby nawiązanie do tradycyjnej pętli beskidzkiej, tylko przed Kasperkami odbiliśmy w lewo. To był strzał w dziesiątkę! Jazda wąskimi asfaltowymi dróżkami przez Tarliczne była ekscytująca. Szosa zmieniła się na szerszą tylko na moment, by za chwilę powrócić do rozmiaru mieszczącego obok siebie tylko dwóch kolarzy. Zmienił się krajobraz – zniknęły zabudowania, więc poruszaliśmy się po lesie. Rozkoszowaliśmy się pięknem przyrody i nie mogliśmy się nadziwić jakością drogi i wyśrubowanym poziomem atrakcyjności trasy, jaką pokonywaliśmy. Nagle z lasu wyłoniło się dwóch kowbojów na koniach. Nie wiem czy uciekli z dzikiego zachodu, czy byli tylko farbowanymi lisami udającymi rewolwerowców z Teksasu, ale nieźle nas zaskoczyli.

I am just a cowboy lonesome on the trail
„I am just a cowboy lonesome on the trail” – śpiewał Phil Lynott w „Cowboy Song”. Na naszym szlaku spotkaliśmy dwóch takich jegomościów.

Przed Istebną odbiliśmy w prawo drogą 943 na Koniaków. Przez ten manewr straciliśmy podjazd na Kubalonkę, ale za to jechaliśmy znowu genialnymi wąskimi i bardzo krętymi asfaltami prosto do Rezydencji Prezydenta RP w Wiśle, czyli popularnego „zameczku”. Mieliśmy już okazję podziwiać ten obiekt podczas naszej wyprawy do Chorwacji w 2012 roku. Przerwę zrobiliśmy przy Jeziorze Czerniańskim, gdzie pyknęliśmy zdjęcie. Maciek i Belo nie byli w ogóle zainteresowani fotografowaniem – chcieli jak najszybciej pędzić do Wisły, aby rozpocząć danie główne dnia. A tym smakołykiem była przełęcz Salmopol. Nie jest to bardzo wymagający podjazd, ale zdobycie najwyższego punktu podczas całego wyjazdu (930 m n.p.m.) zawsze jest ważnym momentem. Cima Coppi najszybciej osiągnął Maciek, z kolei najdłużej gramolił się Drzymer. Odpoczęliśmy chwilę na Białym Krzyżu i zadzwoniliśmy do Zygi, aby spotkać się z nim za kilka minut. Zawsze przejeżdżając przez Szczyrk odwiedzam tego beskidzkiego dzika. Na pogawędkach z naszym przyjacielem zeszła nam dobra godzina, więc przy okazji wzmocniliśmy się zupą. Do domu zostało nam 25 km po łatwym, pagórkowatym terenie. Bardzo przyjemnie jechało się w promieniach zachodzącego słońca. Wyjątkowo udany dzień spuentowaliśmy kolacją w restauracji nad rzeką Sołą.

Zdobywcy beskidzkich przełęczy
W zacnym składzie i w pięknych okolicznościach przyrody

Wąski asfalt przez las
Wąskie asfalty przez las kompletnie mnie oczarowały. Takie drogi widziałem tylko w okolicy Kronplatz.

Wąski beskidzki asfaltWąski beskidzki asfalt
Na te drogi nie mają wstępu samochody. Dzięki temu jeździ się po nich wyjątkowo komfortowo.

Na trasie Pętli Beskidzkiej
Na asfalcie co jakiś czas namalowane były strzałki. To właśnie na tych drogach ścigają się kolarze rywalizujący w wyścigu Road Trophy.

Z Iron Manem
Za Maćkiem nigdy nie jest łatwo się utrzymać. Nawet, gdy narzeka na ból kolana.

Każdy wykorzystuje ostatnie letnie promienie słońca
Opalanko

Smutny American boy
Smutny Belo. Przez pół dnia minorowy nastrój nie pozwalał mu się uśmiechnąć. Narzekał, że przez wakacje w Kaliforni zupełnie stracił formę. Trochę dramatyzował, jak się później okazało…

Ostrzeżenie
Lubimy takie trasy, oj lubimy!

Zjazd przez Zameczek Prezydencki
Belo na zjeździe tuż za zameczkiem prezydenckim

Rozciąganie
Rozciąganie

Przy tamie
To zdjęcie doskonale pokazuje zainteresowanie fotografowaniem podczas naszych wycieczek. My z Drzymerem chcemy zawsze przywieźć jak najwięcej materiału, bo dzięki niemu możemy odświeżyć po czasie wspaniałe wspomnienia. A Belo i Maciek na to: jedźmy już, szkoda czasu!

Ostatnie metry przed zdobyciem Cima Coppi
Tuż przed osiągnięciem najwyższego punktu naszej trasy, czyli Przełęczy Salmopolskiej.

Rik zdobywa najwyższy punkt na trasie
Wspinaczka na 930 m n.p.m. zakończona sukcesem

Drzymer pod skocznią im. Adama MałyszaBelo i Maciek na Salmopolu
Rik pod skocznią imienia Adama Małysza w Wiśle | Odpoczynek na Cima Coppi

Na zupie z Zygą
Na zupie z Zygą

Dzień 2 – rogi diabła

TRIP: 110,37 km • TIME: 4:11:27 • AVS: 26,3 km/h • MAX: 75,0 km/h • PRZEWYŻSZENIE: 980 m
AVG CAD: 80 obr./min • AVG HR: 126 ud./min • MAX HR: 176 ud./min • KCAL: 2154

Profil drugiego dnia

Patrząc na profil wysokościowy, chyba wiecie dlaczego tak nazwałem wycieczkę drugiego dnia. Zanim jednak zaczęliśmy zdobywanie pierwszego rogu diabła, musieliśmy zmierzyć się z przystawką. Bardzo sztywny podjazd na Przełęcz u Poloka (613 m n.p.m.) stanowił wymagającą rozgrzewkę. Pogoda dopisywała, humory również, więc jechało się świetnie. Gdy dotarliśmy do drogi nr 945, zaczął się monotonny, niemal 11-kilometrowy podjazd. Nie stanowił wyzwania pod kątem nachylenia, ale dał w kość długością. Belo i Maciek oczywiście odjechali, a my z Drzymerem stoczyliśmy pasjonującą walkę o 3. miejsce na premii górskiej. Najpierw Rik wystrzelił zza mojego koła i zaatakował. Nie odpuściłem, doszedłem go i poprawiłem z całych sił. Na to nie był już w stanie odpowiedzieć i na przejście graniczne w Korbielowie (809 m n.p.m.) dojechał kilkadziesiąt sekund później. Po emocjonującym pojedynku musieliśmy chwilę odsapnąć na przełęczy, a potem odebraliśmy nagrodę, czyli 25-kilometrowy łagodny zjazd do Námestova. Tam w restauracji nad Jeziorem Orawskim zatrzymaliśmy się na obiad. Grzechem byłoby nie spróbować słowackich specjałów, będąc w tym kraju. Z menu wybraliśmy więc zupę czosnkową, smażony ser z frytkami, naleśniki oraz po dużym kuflu Kofoli. Uczta z pięknym widokiem – to je přesně ono! Po pokrzepieniu ciała, trzeba było pokrzepić i duszę. A czy nie najwspanialszą okazją do tego było rozprawienie się z drugim rogiem diabła, czyli przełęczą Glinka (845 m n.p.m.)? Oczywiście, że tak. Scenariusz z poranka się powtórzył i szybko zostaliśmy z Drzymerem sami. Tym razem nie walczyliśmy już na premii, tylko razem zdobyliśmy szczyt, na którym znajdowało się przejście graniczne. Stąd mieliśmy już tylko z górki. Cały czas poruszaliśmy się wzdłuż rzeki – najpierw Glinki, a potem Ujsoły, która w końcu w Rajczy wpadła do Soły. Kawałek przed Węgierską Górką pożywiałem się batonem i zagapiłem się nieco, chłopaki mi uciekli i nie miałem już siły ich gonić. Odbiłem więc na zakończenie na wąskie uliczki Traktu Cesarskiego, aby zakończyć wycieczkę w pięknej okolicy i po chwili wszyscy spotkaliśmy się pod naszym domkiem klasy premium. Ponieważ popołudnie było cudowne, pozwoliliśmy sobie na kilkanaście minut relaksu na trawie.

Król gór
Na podjazdach Rik czuje się jak ryba w wodzie

Na granicy polsko-słowackiej w Korbielowie
Odpoczynek po podjeździe na granicy polsko-słowackiej w Korbielowie

Kofola original
Kofola – na pokrzepienie przed drugą częścią dnia

Na Kofoli i przekąsce w Namestovie
Postój w Restauracji w Namestovie. Czekamy na smażony ser, naleśniki, czosnkową i rosół. I oczywiście na duże kufle Kofoli.

Weekend w Beskidach był genialny. Może podjazdy w Tatrach są bardziej wymagające, ale te mają w sobie więcej dzikości i mam wrażenie, że jest się bliżej natury. Oba miejsca szczerze polecam na weekendowy wypad szosowy. Mam nadzieję, że jesienią 2014 roku wrócimy tutaj – wszakże pozostało nam jeszcze kilka przełęczy do zdobycia.

Poniżej mapa z zaznaczonym śladem naszych wycieczek.