W miniony weekend odkrywaliśmy uroki rzeki Skrwy płynąc kajakami. Nasza baza noclegowa znajdowała się zaledwie 142 km od Warszawy, więc nie mogliśmy zmarnować takiej okazji i pojechaliśmy tam z Belem na rowerach. Razem z moim przyszłym szwagrem jeździ nam się dobrze, dlatego byłem pewien, że sprawnie pokonamy ten dystans. Tak też się stało. Większość trasy wiodła bocznymi drogami asfaltowymi między Kampinosem i Wisłą, przy znikomym ruchu samochodowym. Doskwierał niemiłosierny upał oraz dość dziurawa nawierzchnia (polecam tę trasę bardziej na rower crossowy niż szosowy). Nie obyło się bez przygód. Żeby przeprawić się przez Bzurę musieliśmy dać cieciowi na flaszkę, bo most w Kamionie jest w budowie i teoretycznie nie można z niego skorzystać. Na szczęście nie musieliśmy cofać się kilkanaście kilometrów do objazdu. Dystans pokonaliśmy w naprawdę dobrym tempie, a na pierwszych stu kilometrach osiągnęliśmy średnią 30 km/h, co jest moim rekordem w jeździe solo (Belo z racji jazdy na crossie jechał na kole). Przed Płockiem miałem potworny kryzys – wszystko mnie wkurzało – upał, bolący tyłek i opadłem nieco z sił. Z pomocą przyszedł Belo, który dociągnął mnie do centrum miasta. Po zimnej coli i ochłodzeniu głowy w fontannie wróciłem do życia. Na miejscu zjawiliśmy się o 20:15, dużo wcześniej niż zakładaliśmy. Niestety na wyjazd zapomniałem aparatu, więc z trasy mam tylko jedno zdjęcie zrobione telefonem, które możecie podziwiać klikając na miniaturkę. Fotografia przedstawia Bela tuż przed celem naszej podróży.

Ostatni sprawdzian przed wakacyjną wyprawą wypadł więc bardzo pomyślenie. W piątek ruszamy nad Adriatyk!


Regenerujemy się w rzece Skrwie