Maj w tym roku nie rozpieszcza pogodą. Dni, kiedy można pojeździć i nie wyglądać jak kolarze jadący w Giro di Italia na dzisiejszym etapie, można policzyć na palcach jednej ręki. Z tym większą radością obejrzałem prognozę pogody na sobotę, tuż po powrocie z juwenaliowego koncertu T.Love. Ponieważ SMSy do potencjalnych chętnych na popołudniowy trening wysyłałem dopiero o 2 w nocy nie liczyłem na duży peleton. Na 60-kilometrową trasę, którą co tydzień pokonują członkowie Klubu Kolarskiego Wilanów, skusiło się nas trzech – Belmondo, Der Tiger i ja.

Transport metrem na miejsce zbiórki umiliłem sobie oglądając na telefonie fragment filmu A Sunday in Hell o najtrudniejszym klasyku kolarskim, czyli jednodniowym wyścigu Paryż-Roubaix. Spod stacji Natolin ruszyliśmy około 12:30. Nasza wycieczka obejmowała 17-kilometrową pętlę oraz dwa razy po 20 kilometrów dojazdu. Cały czas wiodła pustymi drogami o dość dobrej nawierzchni. Na trasie spotkaliśmy wielu szosowców, którzy aktywnie spędzali sobotnie popołudnie. Dystans pokonaliśmy bez ani jednej przerwy, utrzymując niezłe tempo (średnia 28,5 km/h). Najwięcej siły miał Tiger – widać, że godziny wyjeżdżone na trenażerze zimą zaprocentowały. Trochę zadyszki pod koniec łapał mój kompan z zeszłorocznego bicia rekordu 200 km – Belo (być może przez to, że nie zjadł – jak to określa Tiger – „koksbatona”), ale na pewno po kilku przejażdżkach Belo nabierze wytrzymałości. Wyszła nam bardzo fajna wycieczka w tym suchym „okienku” kapryśnego maja…


Belo i Der Tiger na trasie treningowej Klubu Kolarskiego Wilanów

Mapa: