Podobnie jak rok temu (wycieczka do Radomia), nie mogłem zmarnować dnia wolnego od pracy i w Boże Ciało wybrałem się na rower. Ponieważ w tym tygodniu moi koledzy Szymek i Drzymer stali się szczęśliwymi posiadaczami rowerów szosowych, miałem nadzieję, że utworzymy całkiem spory peleton. Niestety czołowy entuzjasta asfaltu Der Tiger pojechał do domu w Lublinie, Drzymer do Niemiec na festiwal rockowy, a nowa maszyna Szymka jeszcze tkwi gdzieś w magazynie kurierskim. No i zostałem sam.

Kilka dni temu wytyczyłem ciekawą pętlę spod domu – a co, w Wilanowie mają swoją, ja też będę miał! Podstawowa trasa ma 103 km, po drodze są dwie modyfikacje pozwalające skrócić ten dystans. Na 15 zapowiadali burzę, a ja wyruszyłem z domu o 12, także zaplanowałem skorzystanie ze skrótu, tak aby wyszło niecałe 80 km.

Nad Zalew Zegrzyński dojechałem znanymi mi świetnymi drogami wzdłuż Kanału Żerańskiego. Po drodze dwukrotnie musiałem prosić policjantów, żeby wpuścili mnie na trasę procesji, ponieważ ruch był zamknięty. Z Białobrzegów skierowałem się w stronę Ryni i przed samą wsią musiałem zawrócić, ponieważ skończył się asfalt. Najlepszym fragmentem okazał się świeżo wyasfaltowany odcinek między Starymi Załubicami i Radzyminem – sam miód! Z kolei najgorzej było kawałek dalej – droga przez las miała katastrofalną nawierzchnię. Bałem się, że uszkodzę koła na dziurach w betonowych płytach pokrytych gdzieniegdzie plackami asfaltu. W sumie machnąłem 77 km ze średnią 28 km/h, co przy silnym wietrze i jeździe w pojedynkę uważam za niezły wynik. Szacunek dla szosowców, którzy jadąc w pojedynkę osiągają średnią powyżej 30 km/h. Także pierwszy dzień długiego weekendu uważam za bardzo udany, teraz czas na Mazury z sakwami!

Poniżej mapka mojej pętli. Niestety trasa wymaga modyfikacji, ponieważ w obecnej wersji nie nadaje się na rower szosowy ze względu na odcinek oznaczony dwiema trupimi czaszkami. Koniec asfaltu przed Rynią również oznaczyłem czaszką.