Jakąkolwiek pomoc podczas pokonywania podjazdów na rowerze zawsze uznawałem za ujmę na honorze. Jeszcze pierwszego dnia wyjazdu na Tirol Mountain Bike Safari byłem sceptycznie nastawiony do wykorzystania gondoli, jako środka transportu na szczyt. Po zjechaniu pierwszym alpejskim singletrailem, przelaniu pierwszej krwi i pierwszej wizycie w bikeparku z prawdziwego zdarzenia musiałem zweryfikować swój pogląd na kolarstwo…

O powstawaniu nowego szlaku rowerowego w sercu Alp dowiedziałem się pod koniec sezonu narciarskiego. Od tamtego momentu, każdego dnia, w myślach przenosiłem się do Tyrolu i wyobrażałem sobie wąskie, techniczne ścieżki, podjazdy na przełęcze wśród pasących się krów, górskie oczka wodne i obowiązkowo regionalne potrawy łechcące podniebienie. Marzenia urzeczywistniły się na początku lipca, gdy razem z Darkiem Urbanowiczem wylądowaliśmy na lotnisku w Innsbrucku, aby z dziennikarzami z różnych zakątków Europy wziąć udział w rowerowej uczcie.
Zaczynamy od wizyty w wypożyczalni rowerów w Nauders. Każdy z nas dosiadać będzie Scotta Geniusa 940 – wymarzoną maszynę do pokonywania alpejskich szlaków. To miłe zaskoczenie, bo spodziewaliśmy się hardtaili na małych kołach, a dostajemy nowoczesne, rewelacyjne twentyninery z pełnym zawieszeniem. Robimy krótki rekonesans po okolicy, przyzwyczajamy się do sprzętu (to nasz pierwszy raz na dużych kołach) i zasypiamy z nadzieją na niezapomniane przygody.

ENDURO NA PRZYSTAWKĘ

Dzień rozpoczynamy od rozgrzewkowego podjazdu do dolnej stacji kolei gondolowej Bergkastelseilbahn. Ta wynosi nas na 2200 m n.p.m. i nagle znajdujemy się w prawdziwych, wielkich górach. Pierwszy raz doceniam możliwość wykorzystania wyciągu na wycieczce rowerowej – dzięki niemu można błyskawicznie zacząć czerpać esencję z pobytu w Alpach. To również dobre rozwiązanie dla mniej wytrenowanych rowerzystów, którzy bez możliwości dojazdu na szczyt kolejką musieliby zadowolić się nudnymi szutrówkami w dolinie. Opcję wykorzystania wyciągów już dawno docenili entuzjaści grawitacyjnych odmian kolarstwa, ale mam wrażenie, że będzie się ona cieszyła coraz większą popularnością wśród amatorów turystyki na jednośladach. Jedziemy i nie możemy opanować zachwytu nad miejscem, w jakim się znajdujemy. W porównaniu do monotonnych, płaskich szlaków Mazowsza, które pokonujemy przez cały sezon, tu jest jak w raju. Oprócz doznań stricte rowerowych musimy przyswoić trochę wiedzy historycznej. Lokalni przewodnicy zabierają nas do miejsca, w którym znajdują się fortyfikacje między skałami oraz długi pas konstrukcji przeciwczołgowej. Co ciekawe, znajduje się ona w miejscu, do którego ciężko jest czołgom dojechać…

Imponujący widok na Reschensee

Imponujący widok na Reschensee

Po lekcji historii docieramy do niesamowitego punktu widokowego na granicy Austrii, Włoch i Szwajcarii. Z półki skalnej, zawieszonej nad przepaścią, rozpościera się oszałamiająca panorama na Reschensee, ze słynną, wystającą ponad taflę wody, wieżą kościoła Altgraun. Teraz czas na zjazd. Musimy nieco zmienić trasę, ze względu na lawiny błotne, które uniemożliwiają przejazd szlakiem, ale dzięki temu mamy okazję zmrozić krew w żyłach. Docieramy bowiem do miejsca, w którym musimy zadecydować, czy jesteśmy prawdziwymi mężczyznami czy chłopcami zasługującymi co najwyżej na wigry 3. Przyjechaliśmy tu po mocne wrażenia, więc bez mrugnięcia okiem wybieramy z Darkiem ścieżkę do enduro zamiast szutrowej, łatwej drogi. Co prawda nie mamy pojęcia, na co się porywamy, ale raz kozie śmierć! Obniżamy siodełka (ech, że też nie mamy sztyc obsługiwanych poprzez manetkę na kierownicy) i ruszamy za naszym przewodnikiem. Może kilka słów o nim. Lukas Gerum nie jest ulepiony z miękkiej gliny. Rowerowego rzemiosła uczył się przez wiele lat, startując w barwach Niemiec w zawodach MTB. W pierwszej trzydziestce podczas mistrzostw świata nie ląduje się na piękne oczy… Lukas podpowiada nam, jak pokonywać trudniejsze fragmenty, najeżone ostrymi kamieniami. Anglik radzi sobie świetnie, Szwajcar jest w swoim żywiole. Nam i Włochowi Marco idzie nieco gorzej, ale po pokonaniu każdego wymagającego odcinka endorfiny uderzają do głowy i oszczędniej korzystamy z hamulców. Co za jazda! Dopiero zaczęliśmy naszą wycieczkę, a już pokonujemy najtrudniejsze ścieżki w życiu. Wrażenia wymieniamy w restauracji koło Nauders, delektując się doskonale przyrządzoną jagnięciną z grilla. Dalsza część dnia upływa na mieszance asfaltowych i szutrowych dróg wzdłuż rzeki Inn, przeplatanych od czasu do czasu soczystym singlem między drzewami. Chwilę spędzamy w miejscu, gdzie niegdyś przebiegała granica Cesarstwa Rzymskiego. Końcówka trasy ma za to zweryfikować nasze możliwości w jeździe pod górę. 500 m przewyższenia jest dobrą okazją do małego wyścigu na szczyt. Zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi, raczymy się zimnym piwem w hotelowym ogródku w Tösens. Zastanawiamy się, czy po takim dniu może nas spotkać jeszcze coś równie pięknego…

DANIE GŁÓWNE

Wyprzedzając nieco bieg wydarzeń – przeżyjemy tu znacznie więcej, a w porównaniu z kolejnymi atrakcjami, pierwszy dzień okazuje się tylko przystawką. Daniem głównym określiłbym dzień drugi. Na początek długa wspinaczka, z bardzo sztywnymi momentami. Josef Margreiter – szef biura promocji Tyrolu, który jedzie z nami od wczoraj, pokazuje, kto rządzi na podjazdach. Widać, że swojego 8,5-kilogramowego Ghosta używa nie tylko do jazdy po bułki. Jedziemy jeszcze kawałek po płaskim i docieramy do Bikeparku Serfaus-Fiss-Ladis. Ośrodek, który zimą znany jest z bogatej oferty i mnóstwa udogodnień dla rodzin z dziećmi, latem zamienia się w prawdziwe rowerowe eldorado. Przy dolnej stacji kolei gondolowej dostępny jest pumptrack dla najmłodszych, którzy zanim zaczną przygodę z freeridem i downhillem, oswajają się i ćwiczą na przeznaczonym dla nich torze. Obok, tętniący życiem bar – tu możemy napić się czegoś orzeźwiającego w przerwie między zjazdami lub zostawić żonę na kawie (jeśli oczywiście nie będzie miała ochoty na sporty grawitacyjne). Jest też sklep i świetnie wyposażona wypożyczalnia. Właśnie do niej kierujemy kroki. Na chwilę zostawiamy nasze Geniusy i zamieniamy je na Kony Entourage ze skokiem 180 mm. Sprawdzą się zdecydowanie lepiej w bikeparku. Dostajemy też ochraniacze, zbroje i full-face’y. Zastanawiamy się tylko, dlaczego nikt nam nie powiedział o dzisiejszej atrakcji, bowiem z Darkiem wyglądamy dość komicznie w obcisłych spodenkach i ekwipunku do downhillu… Naprędce tworzymy Lycra Extreme Camel Toe Team i wsiadamy do gondoli. Ta wynosi nas na start kilkukilometrowego zjazdu. Do wyboru są trzy trasy. Zaczynamy od familijnej, niebieskiej. Spotkać na niej można mnóstwo rodzin z dziećmi. W Polsce zjeżdżanie na rowerze trasą narciarską kojarzy się z ekstremalnym sportem dla wariatów. Przyjazd do takiego świetnie zaprojektowanego bikeparku może zmienić poglądy na niektóre rzeczy. Trasa niebieska nie sprawia nam większych problemów, ale daje mnóstwo satysfakcji. Próbujemy więc czerwonej. Tu trzeba już więcej umiejętności, można też poskakać albo jechać kawałek, mocno wychylając się do środka po specjalnych, drewnianych bandach. Euforia – tak określiłbym stan, w jakim się znajdujemy. Niestety, przed nami jeszcze sporo kilometrów, więc musimy opuścić park. Żeby tak móc zostać jeszcze trochę. Planując wycieczkę po Tyrolu, zdecydowanie warto rozważyć opcję spędzenia tutaj przynajmniej dwóch dni i wyszaleć się do syta! Zapamiętajcie te trzy słowa: Serfaus-Fiss-Ladis – naprawdę trzeba odwiedzić to miejsce, nie tylko zimą.

„Któż by się spodziewał, że dziś przeżyję jeden z najfajniejszych dni rowerowych w życiu. Przez trzy sezony rzecznikowałem Pucharowi Polski w zjeździe. Dawno to było temu i mało kto by to spamiętał. Nigdy jednak downhillu nie polizałem osobiście (prócz Superligi), a dziś doznałem czegoś niesamowitego w Bikeparku Serfaus-Fiss-Ladis, takim swoistym tyrolskim Trójmieście. Proszę sobie wyobrazić, że nawet udało mi się oderwać od powierzchni nawierzchni. Oto dowód.” – Dariusz Urbanowicz

Dariusz Urbanowicz

Atrakcjami drugiego dnia można by obdzielić kilka rowerowych wycieczek. Korzystamy z kolejnego wyciągu i po kilku minutach krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie. Dookoła nas szczyty gór toną we mgle, a z gęstych, ołowianych chmur siąpi deszcz. Wspinamy się jeszcze 100 m na rowerach i osiągamy miejsce, które kolarze szosowi podczas Giro d’Italia określają mianem Cima Coppi (najwyższy punkt podczas całego wyścigu). Czas na crème de la crème drugiego dnia – bardzo długi zjazd o różnicy poziomów 1700 m! Zaczynamy na 2400 m n.p.m., więc początkowo mierzymy się z wąską ścieżką, ostrymi skałami i kosodrzewiną. W niektórych miejscach jest naprawdę trudno, a przepaść w pobliżu trasy potęguje doznania. Po pokonaniu najbardziej wymagającego odcinka zatrzymujemy się na urwisku, z którego rozpościera się imponujący widok na dolinę. – Widzisz te domki na zielonym zboczu? – pyta mnie jeden z lokalnych przewodników, który dziś z nami jedzie. – To dom Benny’ego Raicha – opowiada. Pędzimy dalej w dół. Kawałek szutrówką, a momentami singletrackiem przez las. To właśnie jest piękne na tyrolskim safari – jeśli chcesz podjąć wyzwanie, atakujesz wąskimi ścieżkami, ale jeśli nie czujesz się na siłach, możesz wykorzystać łatwiejszy wariant. Po kilkudziesięciu minutach zjazdu docieramy wreszcie do Ladis. Akurat trwają przygotowania do średniowiecznego festiwalu, więc mamy okazję posłuchać ciekawej muzyki. Jednak to nie koniec atrakcji. W potwornym upale pokonujemy ostatni podjazd tego dnia i trafiamy na Via Claudia Augusta – rzymską drogę ciągnącą się z Augsburga do Wenecji. Mamy okazję przejechać jej fragment. Widoki są boskie! Kilka razy zbaczamy ze szlaku, aby rozsmakować się w wymagających trasach enduro… Ten etap daje mi bardzo dużo. Zaczynam dogadywać się z nowym rowerem i przestaję bać się jazdy na coraz bardziej stromych odcinkach. Wieczorem czeka nas jeszcze jedna atrakcja, tym razem kulinarna. W jednej z wytwornych restauracji w Landeck spożywamy na kolację tyrolskie delikatesy, a na deser degustujemy czekoladę i schnapsa. Oba produkty słynne są na całą Austrię, a wytwarzane ręcznie przez lokalnych mistrzów z Zams.

RIDE WITH A CHAMPION

Każdy kolejny dzień przynosi mnóstwo pozytywnych wrażeń. Nie będę opisywać osobno poszczególnych etapów, jednak chcę wspomnieć jeszcze o jednym, wyjątkowym wydarzeniu, którego doświadczamy czwartego dnia wycieczki. Ile razy w życiu mieliście okazję zagrać w tenisa z Rogerem Federerem, pojeździć bolidem formuły 1 z Fernando Alonso albo pograć w piłkę z Leo Messim? Pewnie niewiele. My mamy przyjemność wspinać się pod górę z medalistą mistrzostw świata i zwycięzcą klasyfikacji generalnej Pucharu Świata MTB XC Eliminator, Danielem Federspielem. Daniel okazuje się rewelacyjnym człowiekiem, więc jazda z nim jest prawdziwą przyjemnością. Żar leje się z nieba, więc wspinaczka jest wymagającym wyzwaniem. Dziś w ogóle nie korzystamy z wyciągów i musimy pokonać 1200 m przewyższenia na raz. Spoglądam na pulsometr mistrza – wskazuje 112 uderzeń serca na minutę. Mój wyświetla wartość 177. Daniel dziwi się, że mogę z nim rozmawiać przy takim wysiłku, ale przy moim poziomie wytrenowania przyzwyczajony jestem do konwersowania w strefie beztlenowej. Mistrz odłącza się od nas po dwóch godzinach, ponieważ długa wspinaczka mogłaby negatywnie wpłynąć na jego formę (Daniel specjalizuje się w krótkich, szybkich wyścigach XC eliminator). Podjazd oceniamy jako najtrudniejszy podczas całego wyjazdu. Ale na ogół najbardziej wymagające fragmenty zapadają w pamięć na zawsze. Nie inaczej jest i tym razem. Szutrowa droga wije się początkowo przez las, a mniej więcej w połowie dystansu na szczyt wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń. Widoki są niesamowite. Przypominają mi jedną z najpiękniejszych dróg w Alpach, jaką pokonywałem na rowerze szosowym – podjazd na Passo del Manghen w regionie Trydent. Podobnie jak tam, wzdłuż szlaku pasą się setki krów. Wyjątkowo piękne miejsce. Darek na przełęczy Marienberg mówi, że kilkukrotnie umierał podczas wspinaczki. Ale warto było się zmęczyć, ponieważ nagrodą jest wymagający singletrack, niemal do samego Lermoos. Lukas jak zwykle pokazuje klasę, ale kroku dzielnie dotrzymuje mu Sara Mertens, Belgijka, która ma za sobą udany udział w Cape Epic – najtrudniejszej etapówce świata. W takim towarzystwie człowiek szybko się uczy. Po wymagającym zjeździe studzimy emocje podczas kąpieli w górskim jeziorze. Co za rozkosz!

Podczas naszego pobytu w Tyrolu zaliczyliśmy jedynie sześć z piętnastu etapów nowego szlaku. Zamierzam w przyszłości przekonać się, czy pozostałe są równie atrakcyjne.

O szlaku Tirol MTB Safari

Tyrolskie Safari MTB to nowy projekt, który ruszył latem 2014 roku. Ideą jest przejechanie całego Tyrolu ze wschodu na zachód, zaczynając w Reschenpass, na skraju trzech krajów – Austrii, Włoch i Szwajcarii, a kończąc w Alpach Kitzbühelskich. Szlak składa się z 15 etapów, podczas których przemierza się 650 kilometrów po ścieżkach wijących się w alpejskiej krainie. Trzeba się nieco napocić, bowiem do pokonania jest 25000 m przewyższenia. Wartość tę można zredukować o połowę, korzystając z wyciągów.