Próbowałem jazdy na trenażerze. Najciekawsze filmy, mecze, wirtualne trasy – nic nie było mnie w stanie zmusić do regularnych treningów na rowerze zimą. Myślę, że tor w Pruszkowie ma szanse, ale ja po prostu uwielbiam aktywności outdoorowe. Co roku jesienią marzę o wieczorach spędzanych na biegówkach, ale od trzech lat moje narty kurzą się w kącie. Podczas styczniowego wyjazdu do Schladming miałem okazję spróbować czegoś nowego, a jednocześnie bliskiego memu sercu…

Rowery typu fatbike są od kilku lat mocno eksponowane w kolekcjach wszystkich producentów. Na targach i wystawach często zajmują najlepsze miejsce i łatwiej je zauważyć niż resztę kolekcji. Nie bardzo rozumiem ten trend, bo ich znaczenie handlowe jest marginalne („strzelam” na podstawie obserwacji). Podobne zachowanie zauważyć można było kilka lat temu u producentów sprzętu narciarskiego. Na stoiskach monachijskich targów ISPO sprzęt skitourowy był motorem napędowym całych kolekcji, mimo że pod górę podchodzi promil narciarzy. Cokolwiek mówić, fatbike nie będzie dobrym wyborem jako jedyny rower, chyba że mieszkasz w chatce na Alasce albo na plaży w Huntington Beach.

Czymże jest „tłuścioch”? Mówiąc wprost – to monster truck wśród rowerów. Główną cechą odróżniającą go od reszty są opony o szerokości powyżej 4 cali. Wiąże się z tym wiele innych parametrów technicznych, ale to właśnie grube „balony” odpowiadają za całą magię. Na wyjeździe prasowym do Schladming można było przejechać się na tym sprzęcie. Nie ukrywam, że czekałem na to z nie mniejszymi emocjami niż na dni narciarskie. Niestety atrakcje rowerowe zaplanowane były tuż przed odlotem do Polski, więc fatbike’ów dosiadaliśmy tylko podczas krótkiej wycieczki.

Tłustą przygodę rozpoczynamy od wizyty w wypożyczalni Alpine Fatbike w Ramsau am Dachstein. Wita nas uśmiechnięty Michael – właściciel i entuzjasta jazdy na grubych „kapciach”. Razem z kilkoma innymi dziennikarzami dobieramy maszyny do wzrostu. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to strasznie mało powietrza w oponach – zupełnie jakby ktoś zapomniał je napompować. Ale tak właśnie ma być – dobór ciśnienia jest kluczowy. Optymalną przyczepność uzyskuje się w zakresie 0,3–0,7 bara. Przy wyższych wartościach rower zaczyna skakać na nierównościach jak weselnicy w wiejskiej remizie. Ruszamy trasą do kroku łyżwowego. Jedzie się dość łatwo, ale oczywiście o prędkościach znanych z szosy można zapomnieć. Wzbudzamy niemałe zainteresowanie wśród biegaczy. A jest ich tu niemało – Ramsau to mekka dla narciarzy klasycznych. Wspinamy się na pierwszą górkę i… coś chrobocze, łańcuch wpada między kasetę a szprychy i klinuje się tak bardzo, że nie jesteśmy z Michaelem w stanie go wyciągnąć. Nasz przewodnik zjeżdża szybko do bazy, by przygotować mi drugi rower, a ja zasuwam z buta. Zegar tyka, godzina odlotu się zbliża, a my nie zakosztowaliśmy jeszcze tego, po co się zjawiliśmy. Zastępcza maszyna sprawuje się bez zarzutu, po kilku minutach dołączamy do reszty grupy i opuszczamy mocno uczęszczane trasy biegowe w okolicach stadionu. Jazda zaczyna mi się podobać. Opony świetnie trzymają ubitego śniegu, niestraszne im koleiny, ślady po butach czy odcinki nawianego puchu, a przy tym naprawdę żwawo toczą się po szlaku.

Celem naszej wycieczki jest Halseralm – 400-letnia chata położona na wysokości 1200 m n.p.m. Niestety droga, która do niej prowadzi, nie jest wymagająca – jedynymi trudnościami do pokonania są skromnych rozmiarów pagórki. Jeden z kolegów-dziennikarzy będzie miał nieco odmienne zdanie na ten temat, ponieważ na zjeździe traci w koleinie z kałużą panowanie nad fatem i z impetem wylatuje poza trasę. Szczęśliwie ląduje kilka centymetrów od drzewa. Zimne krople potu spływają Michaelowi po plecach – było blisko… Zaczynamy spotykać trochę więcej turystów na szlaku, a to znak, że zbliżamy się do postoju. Wnętrze Halseralm robi na mnie ogromne wrażenie – czuję się, jakbym przyjechał tu DeLoreanem z „Powrotu do przyszłości”, a nie rowerem. Izba ogrzewana jest piecem kaflowym, deski przyjemnie skrzypią pod wpływem każdego kroku, a wszystkie potrawy przygotowywane są na otwartym ogniu. Herbata z wody ugotowanej w ten sposób smakuje znacznie lepiej niż z elektrycznego czajnika. Przynajmniej tutaj. Gospodarze częstują nas własnymi nalewkami – najbardziej smakuje mi esencjonalna sosnówka. Spędzamy przyjemne pół godziny, gawędząc z właścicielami, ale zegar tyka i trzeba z powrotem siadać na maszyny. W międzyczasie zaczyna padać gęsty śnieg, więc ci, którzy nie zabrali gogli, mają problem. W drodze powrotnej trochę przyspieszamy – każdy zdążył już się przyzwyczaić do grubych opon i ich zachowania na śniegu. Na stadion w Ramsau wracamy godzinę później w stosunku do planu, ale na szczęście nie ma korków i na lotnisko w Salzburgu docieramy bez przeszkód.

FATBIKE NA ŚNIEGU
Zimowe warunki to naturalne środowisko dla rowerów z szerokimi oponami. Do rozwoju fatbike’ów przyczyniły się przede wszystkim zawody organizowane na Alasce, gdzie uczestnicy musieli poruszać się w bardzo trudnym, zaśnieżonym terenie. Domowe konstrukcje koła do „tłuściochów” zbudowane były na bazie dwóch połączonych ze sobą obręczy, z naciągniętą grubą oponą.

Bardzo żałuję, że mogłem posmakować jazdy na fatbike’u tylko w minimalnym wymiarze. Wyobrażam sobie, jak dużo frajdy musi sprawić jazda takim potworem naturalnym po torze saneczkowym albo leśnych singletrackach. Z drugiej strony, nie ma co narzekać – wycieczka była krótka, ale treściwa, a chata Halseralm zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Czy warto zamienić jeden dzień nart na rowerowe szaleństwo? Jeśli spędzasz na śniegu w sezonie tylko tydzień podczas ferii, to na pewno się na to nie zdecydujesz. Ale jeśli na nartach jeździsz przez kilkadziesiąt dni w roku, to fatbike może być godną alternatywą dla walki na stoku w gęstej mgle. Czy kupię taki sprzęt? Na pewno nie. Jak już wspomniałem, to bardzo specyficzny rower, który w moim odczuciu jest niepraktyczny dla mieszkańców dużych miast, szczególnie podczas bezśnieżnych zim. Gdybym jednak mieszkał w górach, to miałbym się nad czym zastanawiać. Polecam każdemu chociaż spróbować.