Od operacji mojego kolana, o której pisałem w tym artykule, minęło prawie 100 dni. Czyli dokładnie tyle, ile jest niezbędne, aby bezpiecznie ruszyć na rower. Przez ostatni miesiąc jeździłem w domu i siłowni na trenażerze, przygotowując się na ten piękny moment.

Radość była ogromna. Nie przeszkadzał mi ani siąpiący deszcz, ani jesienna temperatura (zaledwie 8°C). Każdy pokonany kilometr był taki przyjemny! Na pierwszą przejażdżkę wybrałem niezastąpioną ścieżkę nad Wisłą. Muszę przyznać, że bardzo dobrze przetrwała lato i jest w świetnym stanie. To idealne miejsce na godzinną przejażdżkę. Akurat tyle (20 km) było dla mnie w sam raz. Za tydzień mam nadzieję pojeździć 2-3 godziny na treningu z naszą sekcją narciarską AZS PW, więc musiałem się nieco rozgrzać po długiej przerwie.

Przy okazji pierwszy raz sprawdziłem, jak spisują się komponenty, które kupiłem do mojego górala tydzień przed kontuzją… Co prawda na poważniejszy test będzie trzeba poczekać do wiosny, ale przynajmniej wiem, że na pierwszy „rzut oka” wszystko działa jak należy. A wymieniłem całkiem sporo, bo nowe są koła do systemu bezdętkowego (Shimano XT), opony (Geax Saguaro 2.0 TNT) i hamulce (Shimano XT). Nie mogę się doczekać, kiedy wiosną sprawdzę jak Kona po modyfikacjach spisuje się na górskich szlakach.

Tak jeżdżąc wzdłuż Wisły myślałem i myślałem, i doszedłem do wniosku, że ścieżka będzie świetnym miejscem na biegówki. Oby tylko zimą spadło trochę śniegu. Żeby pobiegać po pracy wystarczy wyskoczyć na godzinę blisko domu – nie trzeba będzie jechać do Kampinosu. Z niecierpliwością czekam więc na styczeń, kiedy włączę ten sport do mojego repertuaru.