Po dwóch weekendach, które upłynęły pod znakiem wycieczek szosowych, przyszedł czas na MTB! Moja Kona od majówki czekała na jakąś przejażdżkę szlakami. Na sobotni wypad zdecydował się Sidor (który był inicjatorem wyjazdu) i Tinky. Na wymyślenie trasy nie miałem zbyt dużo czasu, ale nie było problemu, ponieważ miałem w zanadrzu opracowany plan dojazdu terenowego do Grodziska Mazowieckiego. Po urodzinowej imprezie u Pauli ciężko było zerwać się z łóżka bardzo wcześnie, więc na stacji metra Kabaty spotkaliśmy się dopiero o 12.

Ruszyliśmy na południe przez Powsin i Konstancin-Jeziorną, cały czas jadąc atrakcyjnymi leśnymi duktami. Pierwszy postój zrobiliśmy po 19 kilometrach nad stawami w Zalesiu Górnym. Przyznam szczerze, że bardzo spodobało mi się to miejsce, a nigdy wcześniej tu nie byłem. Wielu plażowiczów i wędkarzy korzystało z ładnej pogody, spędzając sobotnie popołudnie nad wodą. Zjedliśmy zapiekankę i hot-doga, ale były dość podłe w smaku i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Ponieważ teren był dość trudny (ze względu na wszechobecne błoto), tempo jazdy nie należało do najwyższych. W związku z tym ominęliśmy kawałek niebieskiego szlaku „Rozmaitości Mazowieckich” w okolicach Tarczyna i nadrobiliśmy nieco czasu jadąc po asfalcie. Myślę jednak, że warto będzie w przyszłości dokładniej spenetrować te tereny, bo jest tam bardzo przyjemnie. Do lasu wróciliśmy w miejscowości Suchodół. Kilkanaście kilometrów jechaliśmy bez zatrzymania, gdy nagle szlak się urwał i znaleźliśmy się na brzegu rzeczki w gęstym polu pokrzyw:

Tinky z Sidorem zapomnieli chyba, że przyjechaliśmy tu po przygodę i chcieli zawracać. Zaproponowałem im jazdę krajową ósemką, skoro źle czują się w terenie i sam zacząłem przedzierać się przez chaszcze. Trochę poparzeń na nogach i błota na butach nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Po kilku krokach dostrzegłem prowizoryczny mostek, zbudowany z trzech kłód i przedostałem się na drugą stronę rzeczki. Podziałało – koledzy ruszyli za mną i mogliśmy kontynuować jazdę bez krążenia po okolicy. W najbliższym sklepie podładowaliśmy akumulatory i zaczęliśmy ostatnie 10 km. Na ostatnim etapie złapał nas mały deszcz, ale w obliczu grzmotów, które słyszeliśmy przez cały dzień, nie było to nic strasznego. Na dworzec PKP w Grodzisku Mazowieckim wpadliśmy o 17:50, czyli 5 minut przed odjazdem pociągu Kolei Mazowieckich do Warszawy. To się nazywa dobry timing!


Niebieski szlak do Grodziska Mazowieckiego


Po majowych deszczach błota nie brakowało

A oto trasa naszej sobotniej wycieczki: