Tydzień temu brałem udział w Rajdzie Miejskim 360° w Gliwicach, w którym bardzo ważną rolę odgrywa posługiwanie się mapą. Umiejętność odnajdywania punktów kontrolnych w terenie jest zadaniem trudnym, ale możliwym do wyćwiczenia. W ramach przygotowań do przyszłorocznej edycji gliwickiego rajdu postanowiłem potrenować co jakiś czas jazdę oraz biegi na orientację. Tak się szczęśliwie złożyło, że już w ten weekend nadarzyła się pierwsza okazja.

Święto Wisły to dwudniowa impreza w stolicy. Główne atrakcje odbywały się w pobliżu Mostu Łazienkowskiego po zachodniej stronie rzeki. Wyścigi smoczych łodzi, windsurfing na Wiśle, pokazy karate, zumba na scenie… Ogólnie jeden wielki pierdolnik z tłumem ludzi. Staram się raczej trzymać z daleka od takich festynów, ale postanowiłem wziąć udział w zabawie przygotowanej przez organizatora słynnych maratonów Mazovia MTB.

W sobotnie popołudnie udałem się na miejsce startu. W bazie otrzymałem mapę w skali 1:17000 (1 cm = 170 m) oraz kartę kontrolną. Dowiedziałem się również, że nie będzie pomiaru czasu. Bardzo mnie to zmartwiło, bo pomimo zabawowego charakteru rajdu, liczyłem na szczyptę rywalizacji. Rok temu odbywało się to właśnie w ten sposób – były czasy i rankingi (na długim dystansie wygrał Igor Błachut z Teamu 360° – organizator rajdu miejskiego w Gliwicach). Trudno, trochę zniesmaczony ruszyłem do akcji. Poszukiwania szły mi bardzo sprawnie. Po pierwsze dlatego, że miejsce działania było mocno ograniczone przez ulice i rzekę, a po drugie dość dobrze zam ten teren. Odnalezienie wszystkich 10 punktów kontrolnych zajęło mi 52 minuty (13,5 km) razem z dojazdem do startu, który znajdował się po drugiej stronie Wisły. Tylko co z tego, jak nie mogłem porównać czasu z najlepszymi…

Trochę gorzej było w niedzielę. Już na samym początku organizator poinformował, że zaginał lampion umieszczony na Moście Świętokrzyskim. Na domiar złego jakiś baran zabrał jeden z punktów kontrolnych zlokalizowany na wysokości Parku Praskiego i wszyscy uczestnicy przemierzali chaszcze, błądząc przez wiele minut w kółko. To jest niebezpieczeństwo dla jakości tej zabawy – nie wiesz, czy źle szukasz, czy ktoś zniszczył punkt. Po dwudziestu minutach odpuściłem i pojechałem zaliczać kolejne miejsca. Poszło gładko, a na mecie okazało się, że feralny lampion zaginął i nikt go nie znalazł.


Jeden z punktów kontrolnych zlokalizowany przy koparce

Rajd bardzo mi się podobał, ale forma jego rozgrywania pozostawiła pewien niesmak. Cieszę się, bo drugiego dnia do zabawy udało mi się zachęcić mamę i tatę, więc spędzili miło czas w innej formie niż podczas zwykłej wycieczki.

Nieco bardziej lajtowa jazda, po solidnym wysiłku w Gliwicach, na pewno dobrze zrobiła moim stawom. Myślę, że w przyszły weekend będzie świetna okazja do zrobienia jakiejś bardziej wymagającej trasy. Może na szosie? A w weekend 16-17 czerwca rowerowa jazda na orientację w Radości – to okazja do kolejnego treningu z mapą.