Poprzedni sezon w jeździe na orientację był dla mnie pasmem sukcesów, które pojawiły się trochę nie wiadomo skąd. Wychodziło wszystko. Trochę jak ze szczęściem beniaminka w ekstraklasie – pierwszy sezon w najwyższej klasie rozgrywek często jest bardzo udany. To nie mogło trwać wiecznie. Dziś po raz pierwszy wycofałem się z rywalizacji. Nie ma się czym chwalić – wręcz przeciwnie – poczucie wstydu nie daje mi spokoju. Ale niech te kilka wniosków, które przychodzą mi do głowy, bezpośrednio po wywieszeniu białej flagi, będą drogowskazem na przyszłość. Może nie tylko dla mnie.

Z Leszkiem Pachulskim na starcie w Gdyni Orłowo. Leszka znam z wyjazdów narciarskich. Pojawia się na szkoleniach sportowych, które organizuję. W jeździe na orientację uczyć się można tylko od niego. W kwietniu zdobył swój szósty tytuł "Harpagana" na bardzo wymagającej trasie.

Z Leszkiem Pachulskim na starcie w Gdyni Orłowo. Leszka znam z wyjazdów narciarskich. Pojawia się na szkoleniach sportowych, które organizuję. W jeździe na orientację uczyć się można tylko od niego. W kwietniu zdobył swój szósty tytuł „Harpagana” na bardzo wymagającej trasie.

1. Szlaki turystyczne jako odniesienie

To mnie dziś pogrążyło. Zaufałem mapie w niewłaściwy sposób – priorytetem powinna być odległość i układ dróg, a nie przebieg szlaku turystycznego, który – jak wiadomo – może się zmieniać na przestrzeni lat. Niestety nie było informacji z którego roku jest mapa. Wierzyłem, że aktualna. Może za bardzo przyzwyczaiłem się do turystycznych, super dokładnych map z Bike Orientu? Nie pasowała mi odległość przebyta do momentu skrętu w szlak. Czemu zignorowałem tę informację – nie wiem.

2. Dopasowywanie mapy do terenu

Znów to zrobiłem. Jak nieopierzony żółtodziób. Jak już się pogubiłem, to na siłę chciałem przekonać się, że jestem w odpowiednim miejscu na mapie. Mimo, że układ dróg się nie zgadzał. To częsty błąd początkujących orientalistów. Myślałem, że ten etap mam już za sobą. A jednak. Do czego doprowadziło łudzenie się, że jestem zorientowany, widać na obrazku tytułowym. Szukałem coraz dalej i dalej.

3. Za trudny rajd

Ogólnie lubię wyzwania. Tylko start na setkę, w naprawdę wymagającym terenie (całkiem fajne góry macie w tej Gdyni) bez jakiegokolwiek przygotowania, musiał się źle skończyć. Rok temu przypominałem sobie jak się jeździ z mapą na podwarszawskich krótkich trasach. Późniejsze problemy z nawigacją były rzadkością. Dziś każdy punkt okupiony był lekkim okładem niepotrzebnie nadrobionego dystansu. Fizycznie też byłoby ciężko. Rok temu pierwszy długi rajd był po tygodniu szosy na Majorce i weekendzie w Beskidach. To jednak robi różnicę.

4. Złość

Nie mam cierpliwości. A nerwy powodują głupie wybory. Dziś wybierałem głupio.

5. Pytanie miejscowych o wskazanie pozycji na mapie

Pytanie lokalesów o jakiś charakterystyczny punkt się może udać. Ale już proszenie o wskazanie czegoś na mapie to ostatnia rzecz, jaką warto robić. Niestety w desperacji popełniłem i ten błąd. Co prawda nie miał on większego wpływu na moje poczynania, bo miejscowy też zakładał, że jest w tym samym miejscu, co ja. Ale tego się nie robi. To żelazna zasada. Czytałem o tym wielokrotnie. No i co? No i nic.

6. Jazda za kimś

Najbardziej lubię jeździć sam. Jazda za kimś dekoncentruje, osłabia czujność. Moment nieuwagi, gość odjeżdża i nie wiesz gdzie jesteś. Dziś ze dwa razy było blisko takiej sytuacji. Pokusa chwili odpoczynku na kole zwyciężała nad rozsądkiem. W decydującym momencie jednak nawaliłem sam.

7. Zbyt szybkie poddanie się

Może trzeba było odpuścić ten punkt i jechać dalej? Nie wiem, po półtorej godzinie poszukiwań zakończonych fiaskiem nie potrafiłem wykrzesać w sobie motywacji do walki. Z punktu widzenia treningowego na pewno było warto. Jednak ze sportowej strony, sprawa była przegrana. Nigdy nie potrafiłem grać „nie na punkty” w cokolwiek. A nieznalezienie tego lampionu w przypadku braku limitu czasowego (nie ma na rajdzie „Z kompasem”) oznaczało grę „nie na punkty” do końca dnia.

Ostatni raz wstawiałem to po starcie w Wołominie. Dziś też się należy. Jest jedno pocieszenie na przyszłość: gorzej być już nie może, więc po następnym starcie mam nadzieję napisać coś bardziej pozytywnego. Tymczasem klasyk:

Nie wracajcie do domu