Ci, którzy śledzili blog eurower.pl w tym roku, na pewno zorientowali się, że polubiłem jazdę na orientację. Mój kolega Marcin mówi, że nie ma to nic wspólnego ze ściganiem się na rowerze, bo równie dobrze można kazać zawodnikom lepić pierogi na czas w trakcie maratonu, ale nie zgadzam się z nim w tej kwestii. Szczerze mówiąc jazda po rundach wydaje mi się po prostu nudna. A na takim rajdzie na orientację 10 godzin mija w błyskawicznym tempie! Moje zauroczenie tą konkurencją wynika z połączenia pracy z mapą i jazdy w ciekawym terenie. Bakcyla złapałem na Rajdzie Miejskim 360° w Gliwicach rozgrywanym w maju. Potem zbierałem doświadczenie na krótkiej trasie (50 km) Bike Orientu, który zachęcił mnie do tej dyscypliny jeszcze bardziej. Na koniec sezonu postanowiłem wystartować w czymś bardziej wymagającym. Okazja nadarzyła się w połowie września, kiedy w kalendarzu maratonów na orientację zadebiutował „Mordownik„.

Na wyjazd do Myślenic, gdzie zlokalizowana była baza zawodów, udało mi się namówić świetnego kompana – Gruchę. Mimo, że klasyfikacja była indywidualna, my mieliśmy być jak Marines – razem pokonać trasę, pomagać sobie i czekać w razie problemów drugiego z nas. Jak się później okazało, świetnie współpracowaliśmy, a co najważniejsze – mieliśmy identyczne tempo przejazdu. Wybraliśmy „Mordownika” również ze względów służbowych, ponieważ w niedzielę chcieliśmy spotkać się z utalentowaną alpejką Sabiną Majerczyk w Nowym Targu. Niestety zawodniczka wyjechała na trening w Alpy, ale skoro już się zapisaliśmy, to szkoda było zrezygnować. I całe szczęście, że się nie wycofaliśmy, bo będę wspominać ten dzień jako jeden z najciekawszych w rowerowym sezonie 2012. Oto moje wspomnienia z imprezy.

Piątek

Thanks God It’s Friday, jak mawiał mój nauczyciel od języka angielskiego. Redakcję NTN, w której pracujemy z Gruchą, opuszczamy o 16:00. Akurat na ten weekend mamy do dyspozycji nowiutką Dacię Dokker – jej test ukaże się w tegorocznym wydaniu naszego magazynu. Świetnie się składa, bo to samochód pojemny i bez problemu zabieramy dwa rowery oraz bagaże do środka. W bazie zawodów (Gimnazjum nr 3 w Myślenicach) zjawiamy się o 21:15 i dopełniamy formalności. Grucha poznaje mnie z Maćkiem Pońcem – mocnym zawodnikiem z Teamu 360° oraz jego kolegami. Razem idziemy na kolację i piwo do pobliskiej pizzerii, w której zbierają się kibice krakowskiej Wisły. Akurat Biała Gwiazda dostaje łomot 2:0 od szczecińskiej Pogoni. Dobrze, że miejscowi nie wiedzą, że jesteśmy kibicami zgody Portowców ze stolicy i obywa się bez awantur. Z kolegami rajdowcami bardzo miło nam się rozmawia, opowiadamy sobie o taktyce na jutro i wrażeniach z poprzednich tego typu imprez. Po kolacji dokonujemy sprawdzenia rowerów, pompujemy opony, a Grucha przykręca sobie świeżo zakupiony mapnik. Na salę gimnastyczną, w której śpią uczestnicy rajdu wchodzimy już przy zgaszonym świetle i po cichu kładziemy się spać.


Nocleg na sali gimnastycznej w szkole

Przebudzenie

Budzik zrywa nas na nogi po sześciu godzinach. Zawodnicy, którzy startują w kategorii biegowej gorączkowo szykują się do rywalizacji. My mamy jeszcze prawie dwie godziny do odprawy. Spokojnie jemy śniadanie i pakujemy plecaki na cały dzień zmagań. Trzeba wszystko dobrze przemyśleć – przed nami kilkanaście godzin jazdy. Oprócz batonów i żeli zabieramy kanapki z szynką – nie można bazować tylko na sztucznych wspomagaczach. Jednocześnie trzeba uniknąć przeładowania – organizator zaplanował ponad 2500 m przewyższenia, więc każdy zbędny kilogram będzie bezlitośnie zmniejszał zapas sił na podjazdach. O 7:45 Jan Lenczowski zaprasza wszystkich na odprawę. Dowiadujemy się, że układ trasy i godziny otwarcia bufetu determinują kolejność zaliczania punktów, więc nie będzie scorelaufu. Trochę szkoda, bo taka formuła bardzo mi się podoba, ale spodziewam się, że i tak będzie ciekawie. Kilka minut przed ósmą otrzymujemy mapy (skala 1:50000). Jesteśmy lekko zdezorientowani, bo na arkuszach na pierwszy rzut oka niewiele widać. Mapy aktualne były 32 lata temu! Według informacji od organizatora oraz testera, który pokonał trasę, wiele szutrowych dróg zostało wyasfaltowanych, a do tego powstało trochę nowych szos. Zaznaczamy flamastrem przebieg trasy do kilku pierwszych punktów i o 8:05 ruszamy spod szkoły.


Zastanawiamy się nad optymalną trasą (fot. mordownik.pl)


O 8:05 ruszamy spod szkoły (fot. mordownik.pl)

Trudne początki

Jedziemy chwilę za Maćkiem Pońcem (nr 25), ale tempo na podjeździe jest dla nas zdecydowanie za mocne i zostajemy sami we dwóch. Wspinamy się czerwonym szlakiem do pierwszego punktu kontrolnego (PK3), który umieszczony jest przy ambonie. Wyprzedza nas jeszcze kilku zawodników. Na wypłaszczeniu zauważamy, że sporo osób wyjeżdża z lasu, a pozostali kierują się w przeciwnym kierunku. Bezmyślnie, jak barany w stadzie podążamy za innymi, zamiast dokładnie przeanalizować miejsce, z którego należy zaatakować punkt. W efekcie błądzimy przez ponad pół godziny w poszukiwaniu ambony. Bezskutecznie. Nasz los podziela sporo osób, które krążą w okolicy i przedzierają się przez chaszcze. Wreszcie dochodzimy do wniosku, że za wcześnie odbiliśmy w lewo. Wracamy na główny szlak i za kilkaset metrów znajdujemy odpowiednią ścieżkę. To było proste, dlaczego tak to spieprzyliśmy? Przy pierwszym punkcie dołącza do nas Artur Moroń (nr 23), który będzie jechał z nami prawie cały czas aż do mety. We trójkę ruszamy na poszukiwanie kolejnych dwóch punktów (PK5 i PK6) zlokalizowanych przy Wierchu Stróża oraz Diabelskim Kamieniu. Gubimy się kilka razy, ale w końcu orientujemy się w terenie i powoli nasza nawigacja zaczyna funkcjonować coraz lepiej. Dobrze, że organizator nie ma nasłuchu na żywo, bo pod jego adresem i map z roku, w którym Widzew pokonał Juventus 3:1 pada kilka cierpkich słów. W dotarciu na szczyt Lubomira – do PK8, na którym zlokalizowany jest bufet, pomaga nam tabliczka kierująca na Łysinę. Czerwony szlak jest stromy, a do tego bardzo kamienisty. Momentami jazda jest niemożliwa i musimy podchodzić. Artur ucieka nam na podjeździe razem z zawodnikiem w barwach LKS Iskra Głogoczów. Jemy, pijemy, pchamy, klniemy. Podjazd godny nazwy imprezy. Wreszcie osiągamy szczyt. 904 m n.p.m. to najwyżej położony szczyt na trasie. Punkt żywieniowy jest zbawieniem. Pochłaniam pięć bananów, kilka ciastek i litr wody. Najgorsze już za nami. Obsługa informuje, że jesteśmy prawie na końcu stawki. Mija czwarta godzina rywalizacji, a my mamy na licznikach dopiero 25 km. Ogarnia nas niepewność – czy uda nam się zaliczyć wszystkie punkty w limicie 14 godzin? Musi się udać! W końcu przyjechaliśmy tu po medale i tytuł „nieśmiertelnych”, a te zdobywa się tylko za pokonanie całej trasy. Niestety na razie zajmujemy 24. i 25. pozycję na 27 startujących (licząc również dziewczyny).


Pierwszy podjazd od razu po wyruszeniu z bazy


In the middle of nowhere – błądzimy w poszukiwaniu PK3


PK3 zlokalizowany przy ambonie | Wszechobecne błoto na terenowym etapie trasy


Artur podbija kartę na PK5


Obliczam dystans do kolejnego skrętu


Jeden z zawodników naprawia zerwany łańcuch


PK6 – Diabelski Kamień


Kompas jest w akcji przez cały czas | Jak tu dojechać do kolejnego punktu?


Punkt żywieniowy na szczycie Lubomira


Zajadam się bananami

Wiatr w żagle

W tym momencie następuje przełom. Przestajemy się gubić, odnajdywanie kolejnych punktów idzie nam jak po maśle, a tempo jazdy znacznie wzrasta. Dobrze współpracujemy na asfaltach dając sobie zmiany. Na PK1 doganiamy Artura i razem podbijamy karty. Dość sprawnie odnajdujemy miejsce oznaczone na mapie (świetny pomysł ze zdjęciami satelitarnymi okolicy punktów). Niestety nie możemy znaleźć oznakowanego drzewa. Artur idzie głębiej w las się wysikać i zauważa kartkę przywiązaną po drugiej stronie drzewa. Ufff. PK2 odnajdujemy chyba najszybciej ze wszystkich – trafiamy na niego jak po sznurku. Za Łostówką mijamy kilku zawodników próbujących naprawić rower, ale przed końcem asfaltowego podjazdu tracimy pozycję. Sytuacja zmienia się bardzo szybko. Przy atakowaniu PK14 forsujemy strumyk i przedzieramy się przez zagajnik, dzięki czemu zostawiamy za plecami dwie osoby. Naszym oczom ukazuje się grupka, która wyprzedziła nas kilkanaście minut temu. Próbują pomóc Grześkowi Kowalowi (nr 32) naprawić rower, ale urwany hak przerzutki zmusza zawodnika do wycofania się z rywalizacji. Przy punkcie jemy kanapki i pokrzepieni ruszamy na północ w kierunku PK4. Zyskujemy kolejnych kilka miejsc i zamierzamy bronić pozycji, bo przed nami sporo asfaltów, a na nich radzimy sobie nieźle. Przy kolejnym punkcie, zlokalizowanym koło ambony, sprawdzamy licznik i wysokościomierz. Mamy pokonanych 68 km i 1500 m przewyższenia. Daje nam to nadzieję, że się uda zaliczyć całą trasę. W okolice PK11 pędzimy w bardzo dobrym tempie, praktycznie nie schodząc poniżej 30 km/h. Przebijamy się wzdłuż pola pod górę i dochodzimy do gospodarstwa. Właściciel posesji akurat zbiera jabłka, które wyjątkowo obrodziły w tym roku. Na nasze „dzień dobry” reaguje dość agresywnie. Zamurowuje nas. Człowiek z gęstą czarną brodą, wyglądający na pustelnika wyraźnie się rozkręca: „Już mnie to wkurwia. Idźcie do burmistrza i powiedzcie mu, żeby zadbał o odnowienie drogi ze szlakiem. Cały czas ktoś włazi mi na podwórko. Psy szczekają, nie da się wytrzymać. Panie, co tu się działo w zeszłym roku. Jakieś dzieci naprzywozili, chodzili tu, wycieczki prowadzili”. Ale za moment nieco łagodnieje: „Ja do was nie mam żalu. Tylko powiedzcie organizatorowi, żeby załatwił to z burmistrzem. Nie wygonię panów. Jedźcie z Bogiem. Tak reaguję, ale to nie wasza wina. Nerw mi przejdzie i się uspokoję. Dalej już macie dobrą drogę”. Przechodzimy więc grzecznie przez podwórze i szukamy punktu ukrytego na skraju lasu. Kilka minut nam to zajmuje, bo kartka jest przybita od strony kniei i od strony pola w ogóle jej nie widać. Nie chcąc drażnić nadpobudliwego gospodarza, zjeżdżamy skrajem pola do asfaltu. Ponownie szybko mkniemy wariantem przez Jodłownik do PK7. Jest on usytuowany koło cmentarza na bardzo stromej górce. Rzut oka na zdjęcie satelitarne i bez pudła odnajdujemy perforator. Wracamy do głównej drogi i koło stawu, po którym pływa czarny łabędź, mijamy się z samotnie goniącym nas zawodnikiem. Obliczam, że mamy nad nim około 5-7 minut przewagi. Reszty, którą zostawiliśmy na PK14 nie widać.


Grucha na zjeździe z Lubomira


Cierpiący Grucha na końcu asfaltowego podjazdu


Konie w okolicach PK14


Uciekamy od nerwowego gospodarza po zdobyciu PK11

Zagadkowe wyprzedzenie

PK12 opisany jest jako „za grzybem”. Co to może oznaczać? Wątpliwości rozwiewa nam widok skały o wysokości czterech metrów i charakterystycznym kształcie z wąską nasadą i szeroką czapą. Jak głosi Wikipedia, grzyb w Zegartowicach nazywany jest przez lokalną ludność „wylizanym kamieniem”. Robimy kolejne pięć minut postoju, aby nabrać sił i zjeść wiezione przez cały dzień w plecakach kanapki. Zastanawiamy się czy jechać przez góry na północ, czy wrócić do drogi na Dobczyce i pomknąć pewną trasą. Artur głosuje za krótszym wariantem, a ja obawiam się, że wpakujemy się na polne ścieżki (takie były tu w 1980 roku) i namawiam chłopaków na okrężną, ale łatwiejszą opcję przez Raciechowice i Czasław. Dogania nas kolega, którego spotkaliśmy przy poprzednim punkcie. Za chwilę mijamy też liczną grupę pościgową. Obawiamy się, że jeśli są wśród nich „lokalesi”, to mogą pojechać krótszą drogą i nas wyprzedzić. Pędzimy ile sił w nogach, ale jednak trochę nadkładamy dystansu, więc zagrożenie jest duże. Na odcinku Dobczyce-Skrzynka nie spotykamy nikogo wracającego z PK13. Bezbłędnie odnajduję małą drogę biegnącą przy domostwie. Szybko zdobywamy wzgórek, na którym usytuowany jest punkt. Nadal nikogo nie ma. Jedziemy dwa kilometry w kierunku PK9. Wciąż pusto. Coś mi nie pasuje – gdzie ta cała ekipa spotkana koło skalnego grzyba? Czy mogli nas wyprzedzić aż tak bardzo? Wydaje mi się to niemożliwe. Czy mogą być tak daleko za nami? Raczej nie. Musieliby zrobić sobie półgodzinny popas, a kto przy zdrowych zmysłach by tak postępował, mając nas „na widelcu”? Utwierdzam się w przekonaniu, że musieliśmy im znowu odskoczyć. Mam już na końcu języka, że dam sobie uciąć rękę, jeśli spotkamy ich na punkcie żywieniowym (PK9), ale gryzę się w język. I dobrze, bo… nie miałbym ręki. Oczom własnym nie wierzę. Jak to się stało? Przefrunęli, czy co? Pożywiamy się, żeby mieć siłę na ostatni odcinek. Został tylko jeden punkt kontrolny (PK10) i meta! Kuba Lenczowski (nr 18), który dowodzi nawigacją w rywalizującą z nami ekipą mówi, że ładnie nas przeskoczyli. No cóż – ma rację.


Grzyb skalny w Zegartowicach | Nasze rowery mocno ubłocone

Ostatnia prosta

Nie przedłużamy postoju i ze względu na zmęczenie oraz nadchodzący zmrok postanawiamy trzymać się Kuby, który zna okolicę. Zawodnik teamu dobrenarty.pl Razem z Gosią Wolak (nr 19) narzucają mocne tempo. Na kole dojeżdżamy za nimi do ostatniego punktu kontrolnego zlokalizowanego przy kurhanie (PK10). Robi się naprawdę ciemno. Wyjmujemy oświetlenie i kierujemy się razem w stronę Myślenic. Mimo ponad stu kilometrów w nogach jedzie mi się bardzo dobrze. Oczami wyobraźni widzę już metę. Wiem, że musi się nam udać i to w czasie o wiele lepszym, niż zakładaliśmy. Grucha majstruje coś przy czołówce i na moment puszcza koło. Przez długi czas nie może nas dojść. Zwalniamy z Arturem przed samą szkołą i we trójkę wjeżdżamy na dziedziniec gimnazjum. Przybijamy sobie piątki. Ale radość! Dziękujemy Kubie i Gosi za wspólną jazdę od punktu żywieniowego – naprawdę bardzo nam pomogli w końcówce. Oddajemy nasze karty, na których przez 11 godzin i 20 minut zbieraliśmy perforacje z punktów kontrolnych. Zwycięzcy „Mordownika” witają nas i gratulują zaliczenia całej trasy. Maciek Pońc i Piotr Pilak (nr 26) są już w bazie 2 godziny i 38 minut. Wykąpani, spakowani, gotowi do dekoracji. Ale miażdżąca przewaga. Imponujące! Ze wstępnych wyliczeń wynika, że uplasowaliśmy się na 10. pozycji.


Zadowoleni w bazie rajdu, tuż po oddaniu kart

Wyjaśnienie zagadki

Grucha dzwoni do Igora Błachuta i zdaje relację z imprezy. Chwali zwycięzców, którzy przynoszą chlubę Teamowi 360°. Wpis błyskawicznie pojawia się na znanej wszystkim rajdowcom stronie internetowej. Po kąpieli emocje trochę opadają. Odbieramy pamiątkowe medale, które wręczane są tylko za pokonanie całej trasy w limicie czasu. Idziemy do baru po drugiej stronie drogi. Z przyjemnością zjadamy spaghetti i pizzę – po spaleniu 4000 kcal jest to jak najbardziej wskazane. Do tego zimne piwo – co za rozkosz! Dosiadają się do nas Gosia i Kuba. Miło sobie gawędzimy, w końcu nie mogąc powstrzymać ciekawości pytam się jak to było z tym PK13 i jak to możliwe, że na tak krótkim odcinku straciliśmy tyle czasu. Zgodnie z naszymi przypuszczeniami, wszyscy zawodnicy spotkani przy skalnym grzybie pojechali najkrótszą drogą na północ. Ale… nie zaliczyli PK13!!! Kuba w ogóle nie zauważył go na mapie. Wszystko układa się w logiczną całość – to dlatego spotkaliśmy się dopiero w Dobczycach na PK9. Przez swoją nieuwagę zostają przesunięci w klasyfikacji o kilka miejsc, za wszystkich, którzy pokonali całą trasę. Najbardziej cierpi z tego powodu Gosia, bo marzyła o medalu i tytule nieśmiertelnej.

2500 m przewyższenia dają o sobie znać. Nie wytrzymujemy do walki „Pudziana” podczas gali KSW (chyba za dużo nie tracimy) i wracamy do szkoły, aby zregenerować siły. Błyskawicznie usypiamy i tak kończy się nasza przygoda na pierwszym, historycznym rajdzie na orientację „Mordownik”.


Błyskawicznie usypiamy po męczącym dniu


Medal „Immortal” zdobyli tylko ci, którzy pokonali całą trasę pieszą lub rowerową w limicie 14 godzin

Podsumowanie

Osobiście jestem bardzo usatysfakcjonowany z tego wyniku. Grucha, chociaż nie okazuje tego na zewnątrz, chyba też, bo kilkukrotnie wymknęło mu się „ale mi się podobało” (jednocześnie przekonuje, że wyleczył się z długodystansowych sportów przynajmniej na rok). Niespecjalnie podobała mi się idea używania mapy z 1980 roku, bo faworyzuje lokalnych zawodników dobrze znających okolicę. Szkoda też, że właściwie wszyscy poruszali się tylko jednym wariantem, jeśli chodzi o kolejność zaliczania punktów – jednak bardziej podoba mi się scorelauf. Te dwa drobne mankamenty nie mogą oczywiście wpłynąć na bardzo pozytywne wrażenie, jakie odniosłem. Dużym plusem były zdjęcia satelitarne okolicy punktów kontrolnych. To dodało rajdowi dodatkowego smaczku i zrekompensowało częściowo słabą aktualność map. Co tu dużo gadać – bawiłem się fantastycznie! Zobaczymy, czy „Mordownik” od przyszłego roku wejdzie do kalendarza maratonów rowerowych na orientację. Na pewno odbiłoby się to na plus pod kątem frekwencji. Polecam każdemu start co jakiś czas w imprezie tego typu. Gimnastyka umysłu zawsze się przyda. Klikając na obrazku obok, możecie zobaczyć dużą wersję oficjalnej mapy z naniesionym śladem naszego przejazdu. Poniżej trasa, którą pokonaliśmy, na podkładzie Google’a oraz profil wysokościowy.


Profil wysokościowy – kliknij, aby powiększyć

Wyniki – trasa rowerowa
Miejsce Imię Nazwisko Czas [hh:mm] PK
1 Maciej Pońc 08:42 14
1 Piotr Pilak 08:42 14
1 Sabina Giełzak 09:20 14
3 Tomasz Koźlak 09:20 14
4 Adam Wojciechowski 09:26 14
5 Stanisław Kruczek 09:29 14
6 Jerzy Lekki 09:45 14
6 Piotr Markowski 09:45 14
8 Grzegorz Malicki 10:55 14
8 Staszek Korzec 10:55 14
10 Michał Szypliński 11:20 14
10 Dariusz Urbanowicz 11:20 14
10 Artur Moroń 11:20 14
13 Marcin Witkowski 11:59 14
14 Radosław Walentowski 12:18 14
2 Gosia Wolak 11:20 13
15 Jakub Lenczowski 11:20 13
16 Mateusz Łabędź 11:41 13
17 Łukasz Skałka 11:13 12
18 Piotr Michalski 10:47 11
3 Agata Motyl-Adamczyk 13:04 10
19 Bartosz Adamczyk 13:04 10
4 Halina Eisner 13:12 10
20 Wojciech Ignatowicz 13:12 10
21 Andrzej Skałka 11:59 9
22 Grzegorz Kowal 11:38 7
nk Marzka Janerka Moroń 10:17 3

Na koniec wspaniały utwór Queen, który nuciłem sobie kilkukrotnie podczas morderczych wspinaczek na rowerze. Jakoś skojarzył mi się z tematem nieśmiertelności podkreślanym przez organizatora.