Żal, rozgoryczenie, smutek, niemoc, złość… To wszystko czułem wczoraj rano, gdy ze spuszczoną głową przemierzałem szkolny korytarz gliwickiego technikum nr 3 – bazy Rajdu Miejskiego 360°. Po emocjach związanych ze startem w zeszłym sezonie, cieszyliśmy się pokonując każdy kilometr tegorocznej trasy. Niestety przygoda zakończyła się dla naszego teamu już po pierwszym dniu zmagań. Żabie na trzynastym kilometrze biegu odnowiła się kontuzja kolana. Walcząc z bólem dotarł na metę etapu pieszego, ale w niedzielny poranek z trudem się poruszał. Kiedy wszyscy szykowali się do startu w etapie rowerowym, my z podkulonym ogonem i rowerami na bagażniku zmierzaliśmy do Warszawy…

W relacji skupię się więc na części biegowej, która (jak na nasze możliwości) wyszła całkiem dobrze. Szanse na dobry wynik pogrzebaliśmy na zadaniu tenisowym, ale o tym później. Sobotę wspominam tak: O 7:15 ruszamy z warszawskiej Pragi i sprawnie docieramy do bazy rajdu kilka minut po jedenastej. Pada deszcz, ale podczas etapu biegowego nie przeszkadza to tak jak na rowerze, więc specjalnie się nie przejmujemy. O 12 odprawa, którą prowadzi szef zawodów Igor Błachut. Czuć entuzjazm wśród zawodników – szczególnie debiutanci są mocno podekscytowani (pamiętam, że rok temu też to czuliśmy!).

Odprawa techniczna (fot. Piotr Silniewicz)
Odprawa techniczna (fot. Piotr Silniewicz)

Po załatwieniu formalności zostawiamy rzeczy do spania w sali lingwistycznej i jedziemy na rynek w Gliwicach, gdzie za kilka godzin odbędzie się start. Wolny czas wykorzystujemy na zmagazynowanie kalorii w naszych organizmach, więc raczymy się makaronami ze szpinakiem i kurczakiem oraz carbonarą. Robimy jeszcze zapasy w Żabce i po przebraniu w sportowe stroje jesteśmy gotowi do akcji. Chociaż nikt nie zdradza tego po sobie, to obaj jesteśmy poddenerwowani. Z kilkuminutowym opóźnieniem otrzymujemy mapy. Leje obficie, ale mamy zadaszone miejsce do analizy i obrania optymalnego wariantu. Nie ma na to zbyt dużo czasu, bo po chwili rozpoczyna się odliczanie. Wypisuję sobie kolejność 6-8-5-12-1-7-2-4-3-11-9-10 (później dwukrotnie ją modyfikuję). Ruszamy w ogromnej grupie w stronę PK6. Nie wiem jakiego typu zadanie nas tam czeka i obawiając się zatoru stwierdzam, że lepiej będzie najpierw odwiedzić PK8. To dobra decyzja – docieramy tam w trzy drużyny. Szybko rozprawiamy się z alko-goglami i ruszamy na szóstkę. Tam rozkoszny „Misiek” rozdaje kartki z zadaniem matematycznym. To właśnie na jego punkcie straciliśmy 20 minut rok temu… Tym razem wieje grozą – do zadania jest tylko podpowiedź po 10 minutach, nie ma drugiej (banalnej) zagadki. Bez ułatwienia nie jestem w stanie znaleźć punktu zaczepienia. Potem też długo nie mogę wpaść na rozwiązanie. Wreszcie po 17 minutach pojawia się pomysł. Wykonuję odpowiednie działania i voilà! Podbijamy kartę i cieszymy się, że pokonaliśmy matematykę i kilka drużyn na tym zadaniu. Chociaż podobno ci, którzy zjawili się tam wcześniej grupowo odpisywali od siebie rozwiązanie i szybciej sobie poradzili. Nasz kolejny cel to PK5. Tam Żaba szybko wykonuje dziesięć powtórzeń ćwiczenia na brzuch i pędzimy do PK12, na którym nie ma zadania. Nawet nie wiem kiedy przestaje padać deszcz. W tym momencie kończy nam się dobra passa. Pierwsze skrzydło podcina nam regulamin zaliczenia zadania na PK1. Zaledwie po jednej nieudanej próbie trafienia piłką tenisową w wyznaczone miejsce dostajemy aż godzinę kary. W rozmowach kuluarowych wielu zawodników nazywało ten punkt loterią. Ja również uważam, że represja jest zbyt wielka i może wypaczyć wyniki rajdu. Przekleństwa wylatują z naszych ust z częstotliwością wirowania bębna w nowoczesnych pralkach. Najgorsze miało się jednak dopiero wydarzyć… Na PK7 zlokalizowany w Muzeum Techniki przedzieramy się przez błoto i chaszcze. To tam Żaba zahacza nogą o jakiś korzeń i odnawia mu się kontuzja kolana. Mówi mi o tym dopiero po wyjściu z punktu. Widzę, że nie jest dobrze, ale Żaba zapewnia, że damy radę dobiec do mety. Tracimy drugie skrzydło. A mamy za sobą dopiero połowę z całego dystansu, który liczy 25 km.

Na trasie biegowego etapu rajdu (fot. I Like Photo Group)
Na trasie biegowego etapu rajdu (fot. I Like Photo Group)

Od tego momentu co jakiś czas wplatamy odcinki marszu między bieganiem, a ja biorę na siebie wykonywanie zadań, żeby mój kompan mógł dać chwilę wytchnienia nodze. Szybko rozprawiamy się z PK4 – zjeżdżam na linie z pierwszego piętra budynku Urzędu Miejskiego. Trochę męczymy się z odnalezieniem płaza w palmiarni w Parku im. Fryderyka Chopina (PK2). To ostatnie zadanie specjalne na trasie. Zostają nam cztery punkty kierunkowe i niemal 9 km biegu. Na PK3, PK11 i PK10 trafiamy jak po sznurku, ale Żaba ledwo biegnie, mocno przy tym utykając. Energii dostaje, gdy informuję go, że zostały zaledwie 3 km. Nawet trochę przyspieszamy. Wokoło nas biegnie sporo teamów, niektórzy już idą, bo nie mają sił. Zaliczamy ostatni punkt nr 10 i pędzimy do radiostacji, której wieża ukryta jest w gęstych, siwych chmurach. Mapa z zaznaczonym śladem naszego wariantuJeszcze 800, 600, 300, 100 metów i jest – meta! Licznik wskazuje dokładnie 25 km, czyli nawigacyjnie jest dobrze. Czas pokonania etapu (3:29:46) jest o 15 minut lepszy niż rok temu. Wszystko super, gdyby nie to cholerne zadanie z tenisem, które przesuwa nas dopiero na 30. lokatę w kategorii M. Żaba chodzi po placu jakby był sparaliżowany. Nie ugina nogi. W punkcie opieki medycznej nie mają lodu… Jemy posiłek regeneracyjny (pyszne naleśniki!) i po kilku minutach opowiadania wrażeń Gruszce pod sceną ruszamy do bazy na kąpiel i zasłużony odpoczynek. Wieczorem przygotowujemy rowery, ale zaczynam mieć obawy, że robimy to na próżno, bo chód Żaby zwiastuje kłopoty. Resztę już znacie. Klikając na mapie obok, możecie zobaczyć trasę naszego biegu nałożoną na oficjalną mapę rajdu.

WYNIKI ETAPU PIESZEGO – GLIWICE 2013

Przez oba dni Darek Urbanowicz prowadził relację na żywo z linii mety. Informacje pojawiały się na stronie eurower.pl, dzięki czemu mogliście być na bieżąco śledzić wydarzenia. Cały czas dzięki mojemu autorskiemu skryptowi na mapie wyświetlały się też pozycje czterech drużyn (w niedzielę tylko trzech, bo się wycofaliśmy). Szczególnie ciekawie obserwowało się rywalizację drugiego dnia, bo na mapie oprócz punktów kontrolnych pokazała się linia łącząca je w kolejności. Dzięki temu widzieliśmy jak Salewa Trail Team zbliża się do mety, a Team 360 traci dystans. Może na kolejnych imprezach zaangażujemy więcej drużyn do tej akcji.

Mapa rajdu
Mapa niedzielnego etapu

Nie pozostaje nic innego, jak szybko zapomnieć o nieudanym starcie w Gliwicach i z optymizmem patrzeć w przyszłość. Kolejna impreza na orientację, która jest wpisana w mój kalendarz to Bike Orient 8 czerwca. Rok temu było super (II miejsce na trasie 50 km), w tym sezonie planuję pojechać długi dystans (100 km).