Dobrze zrobiłeś, że odpuściłeś osiemnastkę. To była bardzo mądra decyzja. Mogłem pojechać z tobą. We dwóch może udałoby nam się zebrać 19 punktów.

– takie słowa usłyszałem od Łukasza Senderka (Team 360°) na mecie sobotniego rajdu Bike Orient w Lasach Przysuskich. Na to, że medalista mistrzostw Polski w rowerowej jeździe na orientację będzie zazdrościł mojej taktyki, nie postawiłbym przed startem złamanego grosza…

Druga eliminacja tegorocznego cyklu Bike Orient była tą najważniejszą, bowiem jednocześnie zaliczała się do Pucharu Polski w Maratonach Rowerowych na Orientację. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i zafundowali ściganie w wyjątkowo ciekawym terenie. Skala trudności też należała do tych z górnej półki, ponieważ tylko dwóch zawodników skompletowało wszystkie punkty w limicie 8 godzin.

W tym roku nie miałem jeszcze okazji zmierzyć się z setką na orientację. Ba, w ogóle nie jeździłem w terenie. Mój góral, zamówiony jesienią, przybył z Ukrainy dopiero tydzień temu. Rzutem na taśmę pojawiłem się treningowo na MWiM w RJnO w Aninie i z przejechanymi 25 km po lesie wyczekiwałem niecierpliwie dnia rajdu…

Dzień rozpoczynam od zatankowania solidnej porcji paliwa na rajd

Dzień rozpoczynam od zatankowania solidnej porcji paliwa na rajd

Pobudka o 5:30 – od jakiegoś czasu moja roczna córeczka wstaje o tej porze, więc to dla mnie żadna odmiana od codzienności. Przygotowuję solidną porcję makaronu z jajkami, zagryzam na deser truskawkami i ciastkami, popijam inką i o 6:45 ruszam z nadziejami na kolejną niesamowitą przygodę do Przysuchy. Czuję tę samą ekscytację, która towarzyszyła mi przed kilku laty zawsze rano przed startami, gdy trenowałem narciarstwo alpejski. Na dziś plan jest jeden – poprawić nawigację i nie zamotać się gdzieś na pół godziny, jak miało to miejsce na Mazowieckich Mini Tropach.

W bazie nad Zalewem Topornia jestem po 8:30, więc mam sporo czasu na dopełnienie formalności i rozgrzewkę. O 9:55 można wreszcie zapoznać się z mapą. Razem z Łukaszem Senderkiem opracowujemy wariant przejazdu i chociaż decydujemy się na tę samą kolejność zaliczania punktów, to nie spodziewam się, że spotkamy się na trasie. Jak się później okaże robimy to wielokrotnie, a część dystansu pokonujemy razem.

Zadowolony, że o 10:00 mam ustaloną kolejność, ruszam w tłumie z bazy na północ. Wtedy orientuję się, że nie przemyślałem dojazdu na pierwszy punkt. Skręcam na asfalt w lewo, potem zawracam – miotam się jak kompletny żółtodziób. Oj dawno tego nie robiłem… W końcu kieruję się w stronę Przysuchy asfaltem i nadrabiając sporo dystansu dojeżdżam okrężną drogą do PK2. Gorzej zacząć nie można było. Razem ze mną karty przy świątyni solarnej Słowian podbijają dzieci, które chłoną trudną sztukę nawigacji od rodziców oraz „turyści”, traktujący rajd bardziej jak wycieczkę.

Wkurzony, wrzucam twarde przełożenie i mknę szlakiem na południe do PK17 ukrytego w sztolni. Tam, ku mojemu zdziwieniu, spotykam Łukasza – opowiada mi o drugiej sztolni, której nie ma zaznaczonej na mapie. Razem podbijamy kartę, ale na dystansie do PK13 tracę do niego kilka minut. Przy PK4, do którego trzeba przebiec bez roweru około 200 metrów, znowu się widzimy, ale moja strata jest coraz większa. Na razie idzie nieźle – odrobiłem początkowe straty i dość szybko mam na koncie 1/5 wszystkich perforacji. Wybieram bezpieczny wariant szutrowy i błyskawicznie znajduję się w okolicach PK16, do którego dojazd wiedzie wąską ścieżką, porośniętą gęstymi trawami. Tam doganiam Piotra Kisielewskiego (Compass/bikeBoard) oraz Andrzeja Grabowicza (Compass-Rontil), którzy współtowarzyszyć mi będą przez kolejne kilka godzin.

Droga do grobli (PK19) wygląda na dość łatwą, ale im bliżej do punktu, tym częściej stajemy i głowimy się gdzie skręcić. Dogania nas Łukasz, który napierał na azymut za PK4 i stracił kilka minut w lesie. Po chwili znów się jednak rozstajemy, ponieważ mamy różne zdanie w doborze ruty. To trochę szalone kwestionować zdanie tak dobrego orientalisty, ale chyba nie jest to jego dzień, bowiem ponownie moja droga okazuje się właściwa. Po kilku minutach poszukiwań odnajdujemy punkt na grobli z chłopakami z Compassu. Kierujemy się w stronę PK8, ale coś tu się zupełnie nie zgadza nam z mapą. Rozdzielamy się i każdy jedzie w swoją stronę. Wypadam na szutrówkę koło leśniczówki, jednocześnie po raz pierwszy odwiedzam województwo świętokrzyskie. Trochę nie w tym miejscu, co zakładam, ale grunt, że znam swoje położenie. Za chwilę znowu jedziemy we czwórkę, bo Piotr i Andrzej wypadają na drogę kawałek ode mnie, a Łukasz też pojawia się po znalezieniu problematycznego punktu na grobli. Mój teamowy kolega mocno dociska, ale tym razem dotrzymuję mu tempa. Przed PK8 skręcamy nieco za wcześnie, ale szybko się poprawiamy i odnajdujemy co trzeba. Nagle droga się kończy. Dobrze, że z lasu dochodzą głosy nawołujących zawodników. Podążamy w ich kierunku. Wiele osób pyta się, czy gdzieś w okolicy jest punkt. Dojazd do niego od wschodu jest rzeczywiście paskudny.

Z kolei droga do PK5 to bułka z masłem. Jedynym utrudnieniem jest nierówna droga, ale poruszamy się dość szybko. To tutaj do naszej czwórki dołącza Artur Zawadzki. Po drodze mijamy się z Adamem Wojciechowskim (Ultrateam) – zwycięzcą pierwszej eliminacji Bike Orient. Skoro jesteśmy tylko kilka minut za nim, to rewelacja! W drodze powrotnej z punktu nie mogę nadążyć za Łukaszem pod górę, ale po chwili nadrabiam dystans na płaskim i razem zmierzamy do PK1. Tam znajduje się bufet. W lepszym momencie nie mógł się trafić. Wpadamy do strefy żywieniowej jak dzieci z wycieczki szkolnej do spożywczego – banany, ciasto, woda – wszystko to dodaje sił. Ale prawdziwym hitem jest arbuz. Smakuje wyjątkowo. Zjadam kilka kawałków – co za rozkosz!

Bez zbędnego przedłużania – w końcu to nie piknik, tylko wyścig – wskakujemy na nasze maszyny i z pełną mocą zmierzamy w kierunku PK10, który znajduje się w miejscu jednej z wsi przesiedlonych po II Wojnie Światowej. Aby go odnaleźć trzeba się zmierzyć z warstwą mapy pochodzącą sprzed kilkudziesięciu lat – teraz jest tam tylko las oraz ślady po zabudowaniach. Na kilku skrzyżowaniach debatujemy co robić. W końcu na jednym z nich Łukasz jedzie w lewo, Artur w prawo a ja zostaję na rozdrożu. Po chwili zastanowienia znowu stwierdzam, że mój kolega z Teamu 360° zabłądzi i ruszam w prawo. Bingo! Jest i punkt. Co się dziś dzieje z tym Senderkiem? – myślę. Wiem jednak, że zaraz się zobaczymy – przecież chłopak zna się na „robocie” jak mało kto.

Do punktu 15. jest kawałek asfaltu, można więc z łatwością napić się i pożywić. Nasz czteroosobowy mini-peleton znowu się rozdziela, ponieważ Artur postanawia zaatakować brzeg strumienia od wschodu, a ja od zachodu. Chłopaki z Compassu wahają się nad wariantem, w końcu decydują się na jazdę ze mną. Obie drogi okazują się tak samo skuteczne i spotykamy się przy lampionie. Hop do strumienia i już pędzę w stronę PK14. Znowu asfalt, skręt do lasu, trochę zastanowienia i jesteśmy gotowi do perforacji. Artur wybiera opcję terenową – niesłusznie. Chwilę zajmuje nam odnalezienie punktu, ale dramatu nie ma. Wyjeżdżając z powrotem spotykamy Łuaksza, który już prawie nas ma.

Następny punkt postanawiam zaatakować przez las, małymi dróżkami. Liczę też na to, że uda mi się urwać towarzyszy podróży. Przyjemnie się jedzie, ale w końcu to jest wyścig proszę państwa. Niestety za mało mam pary, a gigantyczne kałuże po kolana nikogo nie zatrzymują. Tu nie ma miękkiej gry – woda, błoto, pokrzywy – nie ma co się cackać – byle szybciej do przodu. Do punktu na szczycie hałdy dojeżdżamy więc we trójkę. Znowu miga nam Adam Wojciechowski – ma kilkanaście minut przewagi. Żeby zaliczyć punkt, szczyty trzeba zdobyć aż trzy – nie może być przecież za łatwo. Dobrze, że nie pada, bo ciężko byłoby się wspiąć na pionowe zbocza.

 

Dogania nas Łukasz – które to już spotkanie dziś? Na tym polega piękno orientacji – różne warianty, różne możliwości fizyczne, a niemal cały dzień jesteśmy obok siebie. Mkniemy asfaltowym zjazdem w kierunku PK18. Jest chwila czasu na analizę sytuacji. Spoglądam na licznik – w nogach prawie 80 km, średnia 15 km/h. Za trzy godziny kończy się limit czasu. Wiem, że nie utrzymam takiego tempa do końca, a i drogi do punktów nie wyglądają na autostrady. Decyduję się na odpuszczenie PK18. Żegnam się z Łukaszem, Compassy jadą za nim i wreszcie zostaję sam. Radość nie trwa długo, bowiem od razu dopada mnie kryzys. Zajadam żelki energetyczne, popijam izotonikiem. Na domiar złego zaczyna szwankować tylna przerzutka. Podciągam linkę, ale nic nie pomaga – łańcuch skacze po kasecie jak głupi. Wreszcie udaje mi się osiągnąć jakąś stabilizację. Docieram w okolice PK14 – Góry Motyli. Nie ma ani motyli, ani lampionu. Tu na poszukiwaniu schodzi mi chyba najwięcej czasu w ciągu całego dnia. Wreszcie odnajduję upragniony punkt, chociaż jest w tym sporo przypadku.

Bardzo niewdzięcznie jedzie się też do PK12. Najpierw kawałek szlakiem, potem przez chaszcze. Poruszając się w koleinie, ryję pedałami w zbocza i przewracam się. To jest ten moment kiedy ze zmęczenia nie mogę się skoncentrować – ani na jeździe, ani na mapie. Odnajduję jednak lampion, wracam na szlak i wracają też siły. Już dość blisko do mety, ale czasu coraz mniej. Kolejny punkt to ambona. Dość sprawnie do niego docieram, a w nawigacji pomagają odgniecione w błocie ślady kół zawodników, którzy byli tu wcześniej. Przy perforatorze niespodzianka – spotykam Artura! Mówi, że już ciężko mu się jedzie, postanawiamy więc połączyć siły i cisnąć do mety razem. Najpierw jednak trzeba zebrać jeszcze kilka punktów. Nie zauważamy mostku na Jarząbce, zaznaczonego na mapie i jedziemy niepotrzebnie dookoła przez Rusinów. Po drodze przeprawiamy się przez strumień, a zaraz potem wykonuję spektakularny lot przez kierownicę, po najechaniu kołem na betonowy słupek. Zbieram pogubione fanty, poprawiam mapnik i bez większych strat cielesnych wracam do walki.

Bardzo sprawnie radzimy sobie z PK20 ukrytym w dole na końcu wyjątkowo niewdzięcznej drogi. Cała porośnięta jest krzakami z kolcami, a nawet małymi drzewkami, w dodatku trzeba się wspinać pod górę, a sił coraz mniej. Z relacji na mecie okazuje się, że na poszukiwaniu tego lampionu niektórzy tracili dziesiątki minut, a najmniej zdeterminowali odjeżdżali bez zaliczenia. Nam po przeszukaniu okolicy zajmuje to może 5 minut. Namawiam Artura na powrót trochę dookoła do szutrówki i dobrym tempem docieramy do łatwego punktu nr 9 na wzgórzu. Szybka analiza sytuacji i stwierdzamy, że atak na PK3 może zakończyć się spóźnieniem na metę i zmarnowaniem całodniowego trudu. Kierujemy się więc w stronę finiszu. Każdy pędzi ile sił w nogach. Artur zostaje kawałek za mną, a ja walczę o cenne sekundy. Wpadam na metę z czasem 7:37 i zaliczonymi 18 punktami. Jestem bardzo zadowolony z rezultatu, a gdy cztery minuty po mnie na „kresce” pojawia się Adam Wojciechowski z zaledwie jedną perforacją więcej, jestem pewien, że wynik będzie satysfakcjonujący.

Do 18:00 brakuje już tylko czterech minut, a wciąż nie widzę Łukasza. Pewnie walczy o wszystkie punkty – myślę. W końcu jest – ledwo mieści się w czasie.

Nie zgadniesz ile mam punktów

– mówi zmartwiony. Szesnaście lampionów nie może zadowolić tak dobrego zawodnika. W tym momencie orientuję się, że moja taktyka była naprawdę strzałem w dziesiątkę. Kolejni maratończycy z orientacyjnej ekstraklasy przybywają na metę z nietęgimi minami. Jedni są wściekli na swoje błędy w nawigacji, inni narzekają nieco na przebieżność ścieżek. Wszyscy umiejscawiają zakończony rajd w górnych granicach skali trudności, jednocześnie podkreślając unikalność mało znanego miejsca.

 

Maciej Turowski (OffRoadRunners) tak skomentował imprezę na facebooku:

Rajd był wspaniały, najlepszy jak dotąd.

Miodu do serc organizatorom wlał też Adam Wojciechowski:

Potwierdzam, fantastyczne tereny i wymagająca trasa. Ciężko będzie Wam pobić poziomem tę edycję.

To prawda rajd był wspaniały. Nie mam zbyt dużego porównania (dotychczas jechałem tylko krótki dystans na Bike Oriencie 2012, ukończyłem Mordownika w tym samym roku, pokonałem 100 km na Maratonie Terenowym Blisko Otwocka w 2013 i 100 km na Mazowieckich Mini Tropach jesienią 2014), ale co mogę powiedzieć – podobało mi się! Pozytywne wrażenia spotęgował na pewno absolutnie kosmiczny wynik. Okazało się bowiem, że zająłem 4. miejsce, pokonując naprawdę wielu wyśmienitych zawodników. Cóż radość trwa do dziś, oby kolejne starty jej nie zmąciły, a przede wszystkim, żebym nie musiał na nie czekać do 2016… Gratulacje dla zwycięzcy – najlepszy okazał się Grzegorz Liszka (Trezado BikeTires.pl), który zaliczył wszystkie 20 punktów, a zrobił to w niecałe 7,5 godziny. Brawo dla organizatorów za kawał dobrej roboty!

Kliknij na mapę, aby zobaczyć trasę mojego przejazdu

Kliknij na mapę, aby zobaczyć trasę mojego przejazdu

Okazało się, że problemy z przerzutką były wynikiem odkręconego tylnego koła. Dopiero na mecie zauważyłem, że mam wykręconą oś i koło dosłownie pływa. Jakie to szczęście, że nie skończyło się poważną awarią.

Dystans: 113 km | Suma podjazdów: 989 m | Czas: 7:37 | PK: 18/20 | Miejsce: 4/58
OFICJALNE WYNIKI BIKE ORIENT LASY PRZYSUSKIE
ŚLADY PRZEJAZDÓW ZAWODNIKÓW W SERWISIE 3DRERUN

  • Rossie

    Teraz wiem dlaczego około 15 nie było już arbuzów na bufecie… :P A tak serio to gratulacje! Widać Bike Orient był rajdem zaskakujących wyników :)