Kilka dni przed zaplanowanym od dawna dwutygodniowym wyjazdem na rower do Austrii doznałem kontuzji, która przekreśliła moje wszystkie sportowe plany na 2011 rok (a narciarskie na jeszcze dłużej). To, że wrócę do czynnego uprawiania sportu (jazdy na rowerze po górach, ścigania się na nartach, biegania i gier zespołowych) jest dla mnie więcej niż pewne – każdy, kto mnie zna, wie co znaczy dla mnie aktywność ruchowa i rywalizacja. Postanowiłem więc opisać w kilku częściach całą historię tej poważnej kontuzji od samego początku – momentu urazu, poprzez przygotowanie do zabiegu, operację i rehabilitację. Liczę, że moja historia zainteresuje wszystkich sportowców, którym przytrafiło się podobne nieszczęście. Mam nadzieję, że we wpisach z 2012 roku nie będę musiał poruszać tematów medycznych…
5 maja 2011 r. – podczas treningu piłki nożnej z sekcją narciarską AZS PW dostaję potężnego kopa w zewnętrzną część kolana. Totalny przypadek. Na zajęciach wszyscy oszczędzają kości – trenujemy przecież narciarstwo. Kolega chce uderzyć z woleja na bramkę i zamiast w piłkę trafia mnie prosto w kolano. Czuję, jak coś w środku przeskakuje i padam na podłogę. Ból jest nie do wytrzymania. W myślach przelatuje mi wyjazd do Austrii, wakacyjna wyprawa i nadchodzący sezon narciarski. Wiem czym grozi takie uderzenie. Po około minucie silny ból przechodzi, siadam na materacu i przez ponad pół godziny robię okłady z lodu. Mogę stanąć na nodze, idę o własnych siłach do szatni. Kolega odwozi mnie do domu. Przed snem mam jeszcze nadzieję, że nic poważnego się nie stało…
Zobaczcie, jak wyła Mary Pierce po zerwaniu ACL – to naprawdę nie jest przyjemne…
6 maja 2011 r. (1 dzień po kontuzji) – noc mija spokojnie, ale rano ledwo mogę chodzić. Wiem, że to na pewno nie jest kontuzja, która sama szybko minie. Dzwonię do zaprzyjaźnionego doktora – Maćka Ambroziaka, którego uczyłem jazdy na tyczkach. Maciek jest fanatykiem sportu, wie jak ważny jest on w życiu. Jego wpis o rekonstrukcji ACL możecie przeczytać na blogu skifighters.pl, a wyczerpujący artykuł na temat kontuzji kolan w Magazynie NTN Snow & More z 2010 roku. Lekarz jest ekspertem w dziedzinie rekonstrukcji więzadeł. Umawiamy się na wizytę w szpitalu na ul. Lindleya. Badanie RTG wyklucza uszkodzenie kości. Maciek po rozpoznaniu przedstawia mi możliwe opcje (od naderwania tylko bocznego więzadła do zerwania przedniego krzyżowego i uszkodzonej łąkotki) i załatwia badanie rezonansem magnetycznym na następny dzień. Jego wynik ma zadecydować o dalszych krokach.
7 maja 2011 r. (2 dni po kontuzji) – wieczorem zjawiam się w klinice Multi-Med, aby zrobić rezonans magnetyczny. Samo badanie trwa około 45 minut i jest bardzo przyjemne. Nawet na chwilę usypiam, mimo stukotu wydobywającego się z urządzenia.
9 maja 2011 r. (4 dni po kontuzji) – po południu odbieram wyniki rezonansu. Diagnoza brzmi jak wyrok – zerwane więzadło krzyżowe przednie (ACL), uszkodzona łąkotka, naderwane więzadło poboczne strzałkowe oraz cała litania innych urazów. Do końca liczyłem, że nie będzie tak źle… Omawiam z lekarzem strategię działania. Przez cztery tygodnie mam chodzić o kulach w stabilizatorze zablokowanym tak, aby w minimalnym stopniu zginać nogę – dzięki temu więzadło poboczne samo się zrośnie. Jak zawsze powtarzał Maciek, optymalny czas na operację rekonstrukcji więzadła krzyżowego przedniego przypada między szóstym tygodniem a szóstym miesiącem po urazie. Obliczam, że mam szansę na zabieg w okolicach przełomu czerwca i lipca.
16-27 maja 2011 r. (drugi i trzeci tydzień po kontuzji) – pierwsze tygodnie są ciężkie. Poruszam się o kulach i w stabilizatorze. Zamieniam się z moją ukochaną na samochód z automatyczną skrzynią biegów i dzięki temu mogę jeździć do pracy. Najgorzej jest wieczorami, kiedy po całym dniu noga puchnie i boli. Aby nieco przyspieszyć gojenie odbywam sześć wizyt u zaprzyjaźnionej bioenergoterapeutki. Co prawda bardziej wierzę w ciężką pracę podczas rehabilitacji i metody konwencjonalne, jednak stwierdzam, że nawet jeśli w małym stopniu pani Ela pomoże w leczeniu, to warto spróbować. W skład zabiegów wchodzą: masaż, naświetlanie, łóżko magnetyczne, magnesy, bioenergoterapia oraz szereg zabiegów magicznych typu wahadło, pocieranie kośćmi z tybetańskiego bawoła itp. Nie wiem czy to dzięki nim, ale po trzech tygodniach kolano wygląda znacznie lepiej, praktycznie nic już nie boli, nie puchnie, a kul używam tylko na wszelki wypadek.
2 czerwca 2011 r. (cztery tygodnie po kontuzji) – mój lekarz poleca mi specjalistkę z gabinetu Remed. Rozpoczynam rehabilitację i odstawiam kule. Moim zadaniem przed operacją jest wzmocnić mięśnie (czworogłowy i dwugłowy) oraz uzyskać pełny wyprost i zgięcie, aby jak najszybciej móc rozpocząć pracę nad nogą po zabiegu. Ćwiczenia są bardzo monotonne i zajmują około trzech godzin dziennie. Polegają na izometrycznym napinaniu mięśni przy jednoczesnym dociśnięciu łąkotki gumową piłką oraz zginaniu i prostowaniu nogi. Jest też sporo elementów treningu głębokiego czucia, oczywiście nie w takiej formie, jak robiłem to do tej pory. Praca się opłaca – już drugiego dnia ćwiczeń uzyskuję bezbolesne zgięcie w kolanie na poziomie 90°. Po tygodniu noga zgina się tak, że niewiele brakuje jej do zdrowej. Najważniejsza jest systematyka – godzina przed pracą, kilka ćwiczeń w biurze, godzina po pracy i jeszcze trochę przed snem… Właściwie cały dzień kręci się wokół rehabilitacji.
9 czerwca 2011 r. (pięć tygodni po kontuzji) – druga wizyta u mojej rehabilitantki. Pani Łucja jest zadowolona z efektów ćwiczeń. Dostaję kolejne zadania – tym razem przysiady „na Małysza” i wspinanie się na palce z piłką między kolanami. Do tego wypady, aby porozciągać łydki. Otrzymuję też pozwolenie na jazdę na rowerze od następnego tygodnia. Dalsza rehabilitacja przed operacją pod okiem specjalisty nie wydaje się już potrzebna – mięśnie nie zanikły, mogę zrobić wyprost i zgiąć nogę. Czas umówić się na zabieg.
13 czerwca 2011 r. (pięć i pół tygodnia po kontuzji) – odwiedzam mojego lekarza i umawiam się na operację rekonstrukcji więzadła. Ustalamy, że optymalna będzie data 3 lipca. Decyduję się na metodę allogeniczną, czyli na przeszczep z banku tkanek. Jest ona droższa, ale mniej inwazyjna – nie wyrywa się ścięgna z własnego uda. Materiał na więzadło przygotowuje się ze ścięgna Achillesa dawcy. Całość będzie zamocowana za pomocą biowchłanialnych śrub. W stosunku do przeszczepu autogennego (z własnych tkanek) szybciej i z mniejszym bólem wraca się do sprawności. Operacja odbędzie się w Legionowie w klinice Osteon. Po ocenie stanu kolana, Maciek pozwala mi chodzić bez stabilizatora. Czekają mnie trzy tygodnie w miarę normalnego życia!
18-30 czerwca 2011 r. (sześć-osiem tygodni po kontuzji) – pierwszy raz od półtora miesiąca siadam na rower. Co za frajda! Kolano szybko przyzwyczaja się do pedałowania i bezboleśnie pokonuję kilometry. W pierwszy weekend jeżdżę bardzo spokojnie krótkie dystanse. Zamieniam wreszcie samochód na rower i dojeżdżam na nim do pracy. W długi weekend postanawiam przejechać się trochę dalej na szosówce. Robię 74 kilometry. Kolano ma się całkiem dobrze, gorzej z kondycją – po takiej przerwie od sportu nie mogę jechać tempem, do którego jestem przyzwyczajony. Równocześnie wykonuję badania krwi niezbędne do zabiegu.
Do operacji pozostało kilka dni. W niedzielę, 3 lipca idę pod nóż. W tej chwili noga jest moim zdaniem w całkiem niezłym stanie – nie kuleję, nie odczuwam niestabilności, nie mam problemu z siłą mięśni, mogę zrobić pełne zgięcie i wyprost. Oczywiście nie jest idealnie – jak kolano się „zastoi” w jednej pozycji, to potem chwilę boli. Nie mogę też kucnąć, czyli nie ma mowy o obciążeniu stawu w pełnym zgięciu. Czasem coś przeskakuje z tyłu kolana. Z nadzieją patrzę jednak w przyszłość – liczę, że po operacji szybko wznowię rehabilitację i z początkiem września wrócę na rower stacjonarny, a przed nadejściem zimy zdążę jeszcze pojeździć na powietrzu. Trzymajcie kciuki!
Jeśli masz jakieś pytania lub chciał(a)byś podzielić się swoją historią zerwanego więzadła, to zapraszam do komentowania. W następnym odcinku opiszę przebieg operacji.
mery pierś. ta to miała… więzadła.
Wszystko bardzo uważnie przeczytałem i czekam na dalszą część. 29 Czerwca miałem operacje (dokładnie to co ty) i pierwsze dni były naprawdę ciężkie , z dnia na dzień jest coraz lepiej jednak pragnę już wrócić chociaż do normalnego chodzenia….
Pozdrawiam
Trzymam kciuki i życzę szybkiego powrotu do zdrowia. Ja będę miał rekonstrukcję 12 lipca w Bielsku-Białej.
Pozdrowienia dla wszystkich ACL-owców.
Dziś trzeci dzień po operacji. Wczoraj byłem na wizycie kontrolnej – lekarz zrobił mi punkcję i zmienił opatrunek. Kolano nie boli za bardzo, raczej czuję ogólne rozbicie, które nasila się wieczorami. Staram się jak najwięcej leżeć z nogą na podwyższeniu i chłodzę coldpackiem. Niedługo dodam kolejny artykuł z opisem przebiegu operacji.
Chomiczku, wracaj szybko do formy!!! Pamietaj o naszych planach na bieg w Gliwicach no i o Triathlonie w 2012 :) a w niedziele jestem u Ciebie z zimnymi królewskimi na praskiej rehabilitacji :)
Czekam na dalsza część:) Trzymaj sie !
Michał, dzięki za ten artykuł, cieżko w internecie znaleźć informację dokładnie co się dzieje po zerwaniu ACL przez najbliższe tygodnie.
Swoje ACL zerwałem kilka dni temu i bardzo mnie ciekawiło czy będę w stanie cokolwiek zrobić przez najbliższe miesiące, okazuje się że tak, i nie jest tak źle jak myślałem że może być.
Oczywiście biorę tutaj poprawkę na to że każdy przypadek jest specyficzny.
Mam nadzieję, że już czujesz się lepiej po operacji. Z niecierpliwością czekam na kolejny wpis.
Cieszę się, że podobała Wam się pierwsza część. Dziś mija 11 dni od operacji. Najgorsze już za mną. Jak wyglądał zabieg oraz co czułem w pierwszym tygodniu po nim opisałem w osobnym artykule. Wszystkich zainteresowanych zapraszam.
witam wszystkich…ciekawy tekst…ide pod noz 1 marca we Wloszech…mam nadzieje,ze wszystko pojdzie dobrze…pozdrawiam
Witam, przeglądając wszelakie artykuły o zerwanych więzadłach przednich ACL, natrafiłem na Twój blog, od razu muszę podziękować za ten artykuł bo dużo mi wyjaśnił i zobrazował jak to wszystko wygląda, otóż ja miałem kontuzje w kwietniu 2011r, grając sobie amatorski mecz piłki nożnej skręciłem kolanem, upadłem na ziemię. Ból był ogromny. Ale po 15min ból nie był już tak intensywny i o własnych siłach wróciłem do domu, z myślą, że nic groźnego się nie stało- nic bardziej mylnego! Kolano nie spuchło więc nie wybrałem się do lekarza, ale zgiąć już go nie potrafiłem. W końcu normalnie zacząłem chodzić po ok 2 miesiącach, nie mówiąc o graniu w piłkę. W styczniu tego roku zdecydowałem że pójdę do ortopedy który stwierdził, iż może to być więzadło przednie i dał mi skierowanie na rezonans magnetyczny. Po prawie 3 miesiącach (bo tyle czekałem na RM) zrobiłem badanie rezonansu i dzisiaj odebrałem badania. Wynik- zerwane więzadło przednie ACl. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że normalnie chodzę i przy zgięciu kolana nic nie boli, kolano jest tylko niestabilne na boki. Kolega tydzień temu zerwał ACL to samo co ja, zrobili mu artroskopię i chodzi o kulach w stabilizatorze, boli go niemiłosiernie, ciekawe dlaczego ja tak nie miałem.. Mam pytanie czy w moim przypadku będzie konieczna operacja, czy może wystarczyłby porządny stabilizator? Pozdrawiam
@Mateusz: Twoja historia przypomina nieco moją – też bolało mnie koszmarnie tuż po kopnięciu, ale o własnych siłach chodziłem kilkanaście minut później. Gdybym nie poszedł do lekarza byłoby identycznie jak u Ciebie. Czułeś niestabilność – czyli typowy objaw zerwanego więzadła. Pytasz, czy operacja jest konieczna. Moja rada – skonsultuj się z dobrym lekarzem. Moim zdaniem jest wskazana – co z tego, że założysz stabilizator, jak wycierać Ci się będzie chrząstka stawowa? Po kilku(nastu) latach możesz mieć poważne problemy ze stawami. Ja po 8,5 miesiącach pojechałem na narty i jeździłem bez stabilizatora. Wszystko działa – za rok wracam do ścigania. Nie wyobrażam sobie tego bez zabiegu. Życzę powodzenia!