Na początku lipca miałem okazję pojechać tam, gdzie można w pełni korzystać z roweru szosowego, czyli w Alpy. Po inauguracyjnej wycieczce rok temu, tym razem trasa była bardziej ambitna. Dzięki temu udało nam się dotrzeć w fantastyczne miejsca, pokonać wąskie asfalty, o jakich nawet nie śniliśmy i zdobyć trudne przełęcze. Za cel obraliśmy sobie przejechanie dokładnie tej samej drogi, którą pokonywali zawodnicy startujący tydzień wcześniej w tegorocznej edycji wyścigu Transalp.
Największe wrażenie zrobił na mnie czwarty dzień (nie bez powodu nazwany „królewskim etapem”). Poruszanie się u stóp ogromnych Dolomitów po trasach Sella Rondy było niezapomnianym przeżyciem. Ale chyba najwspanialszy był podjazd pustym, wąskim asfaltem, wśród dziesiątek pasących się krów, z Cavalese na Manghenpass. Absolutna rewelacja!
Naprawdę ciężko jest mi się teraz przyzwyczaić do powrotu na niziny – takich emocji, widoków i satysfakcji ze zdobycia przełęczy, nie ma nigdzie indziej niż w górach! To esencja kolarstwa (zresztą zobaczcie jak nudne są płaskie odcinki np. w Tour de France). Mam nadzieję, że uda się jeszcze w tym roku kilka wypadów w nasze polskie góry.
Materiału zebranego z naszego wyjazdu jest sporo i zanim wszystko przetworzę na wersję cyfrową trochę czasu minie. Tymczasem przygotowałem już galerię 200 fantastycznych zdjęć, statystykę oraz mapę z dokładną trasą naszego przejazdu i zaznaczonymi wszystkimi przełęczami, które zdobyliśmy – zapraszam do przejrzenia tych stron. Relacja „dzień po dniu” znajduje się w tym miejscu.

Sella Ronda na rowerze – absolutna bajka

Wąski asfalt, a tuż obok dziesiątki pasących się krów – droga na Manghenpass